Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eseje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eseje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 listopada 2016

Litwa Sienkiewicza Piłsudskiego Miłosza

Maciej Kledzik, autor książki "Litwa Sienkiewicza Piłsudskiego Miłosza" wyruszył w 1992 roku na Litwę w towarzystwie Czesława Miłosza. Noblista wracał do swej rodzinnej ziemi po przeszło pół wieku nieobecności. Towarzyszyło mu w tym sentymentalnym powrocie wiele osób, między innymi autor esejów, dla którego wyprawa ta nie skończyła się, bowiem wrócił w te miejsca, a następnie odkrył nowe, rok później. Wówczas to - jak sam pisze - "uzbrojony w notes, dyktafon i aparat fotograficzny, wyruszyłem tymi śladami."
Śladami Sienkiewicza, którego Trylogia była dla wielu, także i dla autora tych esejów, fascynującą lekturą dzieciństwa, ale także śladami Piłsudskiego.
Wynikiem reporterskiej wędrówki, spotkań z miejscami, ziemią, ludźmi stała się ta książka. Autor - historyk i dziennikarz z pasją oprowadza nas po dawnych ziemiach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wiedza historyka i dociekliwość reporterska splata się, by w zajmujący sposób opowiedzieć o ludziach i czasach dawnych, o wielkich postaciach z naszej historii i o tym, co po nich pozostało i o tym, czego już nie ma.


Maciej Kledzik wędruje tropami żyjących potomków bohaterów Trylogii. Jedzie do Kiejdan, o których Skrzetuski mawiał, że to "zacne miasto". Na miejscu dawnego zamku Radziwiłłów stoi dziś ... dom kultury. Dokładnie na fundamentach rezydencji możnego rodu. Odwiedza gospodarstwo Gasztowtów. To Pakosza Gasztowta córki wyszły za Butrymów, a trzy młodsze doglądały powracającego do zdrowia Wołodyjowskiego. 
Autor jedzie do Mitrun, które należały do Billewiczów, Wodoktów... Współczesność przeplata się z literackimi odniesieniami. Gdy autor pojechał na Litwę kolejny raz szukać pierwowzoru Oleńki z "Potopu" trafił na ród Piłsudskich. Znów kolejna wędrówka, badanie drzewa genealogicznego, odwiedzanie cmentarzy, jazda po leśnych drogach...
Trzecia cześć książki to wędrówka z Miłoszem do miejsc jego młodości. Mógł skonfrontować obecny krajobraz z tym dawnym, zapamiętanym z dzieciństwa. W Kalifornii pisał "Dolina Niewiaży, samo serce Litwy. Kto nią jechał, po obu stronach widział białe dwory". Ale po dworach nic nie zostało, Sowieci rozebrali do fundamentów wszystkie, zrównali z ziemią, wycieli sady, tak by nie pozostał po nich ślad. 
Dojechali też do Szetejni. Z dworu nic nie pozostało, ale z jednego z domków wyszedł na spotkanie z poetą stary człowiek odświętnie ubrany - Mateusz Sipowicz, który niegdyś pracował u matki poety. Spotkało się dwóch starych już ludzi. Miłosz wówczas mający 81 lat i dawny służący, lat 85. Na pytanie Miłosza, czy jeszcze ktoś z dawnej służby tam mieszka otrzymał odpowiedź: "Wszyscy wokoło wymarli, ja jeden zostałem".

Taka to książka. Pełna powrotów, gdzie współczesność miesza się z przeszłością, gdzie historia splata się z literaturą. Kto lubi takie wędrówki powinien po nią sięgnąć.


***
Książka zawiera czarno-białe zdjęcia, przypisy, bibliografię, indeks osobowy, spis ilustracji. 
Okładka miękka, stron 182.
Wydawnictwo LTW, 2015.


wtorek, 10 lutego 2015

Opowieści polskich dworów

Bognę Wernichowską pasjonują "rzeczy dawne", stąd wiem, że czytając jej książki zawsze znajdę się w świecie, który i mnie pasjonuje. Nie inaczej było, gdy do ręki wzięłam książkę "Opowieści polskich dworów". To szkice dotyczące 25 dworów i ich mieszkańców. Historie, które pisało życie.




Autorka zacytowała słowa Jana Obsta, który przypominał  o roli polskiego dworu: 

"Dom rodzinny, nasz dwór staropolski, to świadek żyjący a wymowny wieków ubiegłych, tych burz, które przeszły nad krajem naszym i potężnych czynników kulturalnych, które normowały życie ojców naszych i dziadów. 
Kto lekkomyślnie burzy te cenne zabytki, rozrywa łańcuch święty, łączący nas z przeszłością narodu naszego i kraju, niszczy dobrowolnie najdroższy skarb, który w spuściźnie otrzymał po przodkach - tradycję." (s. 5)


Jan Obst pisząc te słowa w "Kwartalniku Litewskim" w 1910 roku nie przypuszczał nawet, co szykuje historia wieku XX.  Burze dziejowe, które przetoczyły się przez polskie ziemie zniszczyły mnóstwo dworów, a była to - jakże często - polityka celowa. Dobrze wiedziano, że niszczy się nie budynek czy dom mieszkalny, ale świadka historii, skarb przechowujący narodową tradycję.


Książka "Opowieści polskich dworów" prowadzi nas do wybranych ocalonych dworów, które przetrwały. Dziś jest ich na terenie Polski obecnie około 500. 

Wraz z autorką wędrujemy do Modlnicy, którą dziś opiekuje się Uniwersytet Jagielloński, do Trzebini, gdzie odremontowany dwór Zieleniewskich mieści Centrum Kultury. Co ciekawe w rękach Zieleniewskich dwór pozostał do 1983 roku, dopiero po śmierci ostatniej właścicielki przeszedł na własność Skarbu Państwa. Zaglądamy do Przysuchy, gdzie mądra i piękna starościna Urszula Dembińska prowadziła z powodzeniem wielki majątek. Dalej przyglądamy się dworowi w Czarnolesie, gdzie dziś działa Muzeum Jana Kochanowskiego, zaglądamy do urokliwej Koryzonówki Serafińskich, gdzie przyjeżdżał do rodziny Jan Matejko. Na trasie literackiej i reporterskiej  podróży Bogny Wernichowskiej dworów jest jeszcze wiele.

Adam Nowina-Konopka przed dworem w Modlnicy
(1929 r, fot. J. Noga)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Modlnica

Przyglądamy się ich właścicielom, postaciom wielkim i małym, świetnym gospodarzom, pięknym damom, poznajemy rodzinne historie. Książka jest jednak jedynie szkicem, to jakby zaproszenie do własnych poszukiwań, podążenia tropem wskazanym przez autorkę, która zachęca do poznania tych siedzib i przypomina o ich istnieniu. Służą temu mapki, a niejednokrotnie podane dokładne dane teleadresowe.

Jeszcze słowo o wydaniu. Okładka miękka, 224 strony tekstu, bardzo dużo ilustracji, wszystkie czarno-białe. Szarawy papier nie najlepszej jakości to jedyny minus tej publikacji. Temat prosiłby się o bardziej wytworne potraktowanie, ale w wydaniu obecnym książka ma szanse, ze względu na bardzo dostępną cenę,  trafić do wielu odbiorców.


sobota, 18 stycznia 2014

O mieszkańcach Zamku Warszawskiego - opowieść Bożeny Krzywobłockiej.

Sięgnęłam niedawno po książkę, którą mam na półce od wielu lat. To wspaniale napisana opowieść Bożeny Krzywobłockiej "O mieszkańcach Zamku Warszawskiego".
Książka wydana w 1986 (wydanie II) przez PWN, niestety klejona (co powoduje, że część kartek mam luzem), z dużą ilością czarno-białych ilustracji przenosi nas w przeszłość. Krzywobłocka pisała książkę, gdy wznoszono  po latach wojennych zniszczeń bryłę zamku. Cegły były jeszcze świeże, a prace trwały. Autorka chciała pójść śladami jego mieszkańców i przypomnieć osoby, osobistości, królów, damy, prezydentów, pisarzy, których los związał z zamkiem.
Zrobiła to - jak zawsze w swych świetnie opracowanych książkach - ciekawie, z pasją nie tylko dociekliwego badacza, ale także warszawianki, która kocha i rozumie swe miasto.




Książka podzielona jest na rozdziały, dzięki temu chronologicznie spotykamy się z kolejnymi mieszkańcami warszawskiego zamku. Począwszy od mazowieckich Piastów, przez królową Bonę, Wazów, Sobieskiego, Sasów, Stanisława Augusta Poniatowskiego, księcia Pepi, księżnę Łowicką, później carskich namiestników i wreszcie prezydenta Wojciechowskiego, Żeromskiego, który otrzymał na zamku mieszkanie, prezydenta Mościckiego...



Wspomnienia o dawnych mieszkańcach to krótka historia polskich dziejów, podana interesująco, pełna anegdot, ciekawostek, ukazująca bohaterów tej książki nie jako postacie z portretów czy starych fotografii, ale jako żywych, czujących ludzi, takich jak my, nawet jeśli z królewską koroną na czole. 
Opowieść kończy epilog - informacje o odbudowie zamku i piękne, osobiste refleksje autorki-warszawianki, która zamek znała od lat, a jako dziecko podczas jednego ze spacerów ze swym ojcem widziała oficjalny wjazd prezydenta w otoczeniu szwadronu szwoleżerów. We wrześniu 1939 roku  radio informowało o codziennych stratach. Autorka, jak każdy mieszkaniec ówczesnej Warszawy, słuchała tych wiadomości pilnie. Krzywobłocka była świadkiem tamtych wydarzeń, gdy po kapitulacji ludzie przechodzili obok spalonego zamku nie mogli powstrzymać łez. W czasie wojny uczestniczyła w tajnych kompletach. Pamiętała jak nauczycielka historii mówiła jej grupie, że po wojnie pójdą jeszcze wszyscy na pierwszy powojenny bal na zamek...
Wojna się skończyła, mijały lata, pojawiły się absurdalne projekty wybudowania na miejscu zamku wieżowców. Wreszcie w 1971 roku podjęto decyzję - zamek będzie odbudowany.

*****
Autorka tej książki zmarła w 2004 roku. Dziś historia zamku pisana jest dalej...
Co ciekawe 26 stycznia 2014 r. odbędzie się pierwszy koncert na zamku z cyklu " Feniks z popiołów" w związku z 30. rocznicą otwarcia Zamku po odbudowie.


Zdjęcie z sierpnia 2013 r. 

sobota, 23 listopada 2013

Podróż do Petersburga

Dziś post nietypowy, bo opiszę coś, co miało miejsce... 13 lat temu. Skuszona "zamówieniem Czytelników" postaram się odkurzyć w pamięci te kilkanaście dni  lipca 2000 roku. Tematem podroży będzie jedno z najpiękniejszych miast w Europie - Petersburg.
W tamtych czasach turystyka masowa nie była jeszcze tak masowa jak dziś, a grupa osób, która wybrała się w autokarową podróż nad Newę była ciekawa świata, historycznie oczytana i miło było niekiedy podzielić się rożnymi refleksjami z towarzyszami podroży.

Wyjazd z Warszawy, przejazd przez Litwę, Łotwę i wjazd do Rosji. 
Na granicy (nie pamiętam już gdzie była przekraczana) był tylko jeden autokar. Nasz.
Ale odstać swoje musieliśmy, kontrola szczegółowa, drobiazgowa, a potem już prosta jakby odrysowana linijką droga, tylko jedno skrzyżowanie z drogą na Psków, którego światła gdzieś w oddali były widoczne.
Kierunek - Petersburg.

Było to od zawsze miasto moich marzeń. Zbudowane z fantazji cara Piotra, przepięknie położone, kuszące historią, architekturą. Tołstoj, Puszkin, Anna Karenina, Carl Fabergé, koncerty Marii Szymanowskiej...
Skojarzeń mnóstwo, postacie realne mieszają się z literacką fikcją.



Mozaika z pamiątek - pocztówki, trochę zdjęć...
Droga długa, męcząca, ale w perspektywie zwiedzanie, wizyty w carskich pałacach i ... białe noce. Był początek lipca.
Przyjazd do hotelu - wielki gmach socrealistyczny, ale pokój przyjemny, wygodny, z łazienką. Wielkie korytarze, niezagospodarowane przestrzenie. Wszystko "balszoje".
Po przyjeździe telefon do domu. Duża już ze mnie była dziewczynka, ale jak to z rodzicami, trzeba się odmeldować.


- Dojechałaś szczęśliwie, to dobrze, co jeszcze? Ładny hotel?
- Ładny, z okien widać jakąś świątynie z kopułami jak cebulki. Złote, mienią się w słońcu...
- W słońcu? Przecież już noc!
- Jaka noc? U mnie świeci słońce.
- To która tam godzina?
- Jak to która... 23.00...
Tym sposobem naprawdę zauważyłam i zrozumiałam, co to białe noce.

Potem zaczęło się zwiedzanie. Mieliśmy poza naszym polskim przewodnikiem, jeszcze przewodniczkę miejscową, która była z nami od rana do końca wieczornego zwiedzania. Elegancka, starsza pani, mówiąca po polsku, podobno kiedyś studiowała w Polsce...

Ermitaż - bogactwo sztuki i wnętrz, w tym dwa arcydzieła Leonarda da Vinci.
Zejście schodami w Pałacu Zimowym było estetycznym doznaniem. Filmowa scena... Czerwony dywan, marmury, złocenia.


Pamiętny był wieczorny, a w zasadzie nocny wypad na tzw. podnoszenie mostów. Około 2 w nocy mosty Petersburga są podnoszone, mogą wówczas wpływać  statki, bo to w końcu jeden z największych portów Rosji. Widowisko warte obejrzenia. Jednak dobrze być po właściwej stronie rzeki, by potem wrócić do hotelu, w innym przypadku trzeba czekać kilka godzin, bo dopiero nad ranem mosty się opuszcza.


Jak wrócić z Petersburga bez książek?
To niemożliwe.
Petersburg może czarować. Jest tu wiele przepięknych miejsc, widoków stworzonych po to, by je utrwalić na kliszy lub po prostu już na zawsze - w pamięci. Miasto wybudowane jest z rozmachem, architektonicznie zachwyca i zdumiewa. Poza wielkimi placami i monumentami są też urocze zaułki, śliczne, romantyczne mostki,  z kutymi balustradami, latarenkami.

Rejs po Newie - owszem i taka atrakcja się trafiła. Wypożyczyliśmy kilkunastoosobową łódź i w drogę... Pamiętam, że było wesoło, "kapitan" był lekko zwariowany i z fantazją zakręcał po Newie. Oj, działo się...

Na koniec podróży  deser - pałace carskie pod Petersburgiem. Peterhof z bajecznymi ogrodami pełnymi fontann, które działały wyrzucając radośnie wodę do góry ku uciesze tłumów z całego świata. 
Peterhof - zdjęcie z książki
Można było zrobić sobie zdjęcie z XVIII-wiecznymi postaciami, pospacerować po alejkach, kupić bardzo drogie w tym miejscu, ale przepiękne, pamiątki. Malowane ręcznie tace, filiżanki, wszelkie "podróbki" słynnych jaj Faberge.
Tam właśnie widziałam spacerującą panią z niedźwiadkiem na złotej smyczy. Tak, to był niedźwiadek, mały, rozkoszny, brązowy miś. 
Takie rzeczy to chyba tylko w Rosji...


Carskie Sioło - zdjęcie z książki
Odwiedziliśmy także mniej znany pałac - Pawłowsk. Tu zwiedzaliśmy wnętrza - oszałamiające. 
Jak nasza grupa weszła do Carskiego Sioła nie wiem, najpierw nie było biletów, potem za dopłatą już były i w końcu znalazłam się w ulubionym pałacu carycy Katarzyny. Dziś słynna bursztynowa komnata jest już  zrekonstruowana, ale wówczas dopiero trwały nad tym prace. Pamiętam jedynie jedną ukończoną w całości ścianę. Piękno zaklęte w bursztynie.
Pałace carskie były zniszczone w czasie wojny, pozostały z nich ruiny... Rosjanie wszystko z pietyzmem odbudowali.

Były też inne miejsca znane, mniej znane, place, przepiękne cerkwie, krążownik Aurora stojący u nabrzeża, zakupy. Przez kilka lat chodziłam w cieplutkich chustach kupionych "u babci" na straganie ulicznym. Tkane z cieniutkiej wełny, lekkie jak mgiełka, dawały niesamowite ciepło w mroźne zimy. 
Jak z każdej podróży wracałam z Petersburga nie tylko z głową pełną wrażeń, ale też z książkami.



W tym samym roku, w którym byłam w Petersburgu, wydałam swoją pierwszą książkę o Teofili z Morawskich Radziwiłł. Jeden z rozdziałów zatytułowałam "Rosyjski epizod - nad Newą i Moskwą". Przywołuję tam m.in. wspomnienia francuskiej pisarki pani de 
de Staël, która pisała o Petersburgu:

"Budynki zachowały jeszcze olśniewającą biel i nocą, w księżycowej poświacie, wydaje się, że to olbrzymie białe zjawy wpatrują się, nieruchome, w nurt Newy."

poniedziałek, 16 września 2013

KRAKÓW to jest wielka rzecz

Będąc nie tak dawno temu w Krakowie zajrzałam do składu taniej książki na Grodzkiej. Można się tam zatracić w poszukiwaniach i czasem po naprawdę okazyjnych cenach kupić bardzo wartościowe publikacje.
Tym razem kupiłam VI tom Lapidarium Kapuścińskiego i książkę,  o której chcę dziś napisać - "Kraków to jest wielka rzecz" Stanisława Dziedzica (2012, Petrus).
Książka napisana przez wielkiego pasjonata Krakowa, mówi o sprawach znanych i mniej znanych. Mnie osobiście bardzo zainteresował rozdział "Miasto i muzeum", w którym to możemy przeczytać o najnowszych dziejach Muzeum Czartoryskich, o sporach z Muzeum Narodowym, o ciągłych zmianach w statucie Fundacji i o niepokojach związanych z przyszłością i jednością kolekcji.


To jeszcze jedna z tysięcy książek o Krakowie, mieście posiadającym 7 tysięcy obiektów i zespołów zabytkowych, odwiedzanym rocznie - podobno - przez 8 milionów turystów. Imponujące!
Gdy jestem w Krakowie staram się turystów nie dostrzegać, chodzę swoimi ścieżkami  nieraz nawet tymi zatłoczonymi, ale tu, jak nigdzie indziej, widzę jedynie domy, kamienie, pałace, duchy przeszłości i tych wszystkich znakomitych i sławnych, którzy tu mieszkali, bywali, zaznaczyli swą obecność.
W gruncie rzeczy to MOJE miasto, które kształtowało mnie od dziecka - podczas niedzielnych wycieczek z rodzicami, potem w czasie studiów na jednym z najstarszych uniwersytetów świata i potem także... podczas okazyjnych przyjazdów, ale zawsze przyjazdów "do siebie", do miejsca, które nie jest obce, ale stanowi fragment życia, mnie samej.

Książka "Kraków to jest wielka rzecz" podzielona jest na rozdziały, każdy zawiera przypisy, na końcu mamy notę bibliograficzną, indeks nazwisk i kolorową wkładkę z ilustracjami. Ilustracje, znane akwarele miasta autorstwa Tondosa, to urocze obrazki z epoki, znane wszystkim miłośnikom miasta, ale ja mogę oglądać je w nieskończoność.

                                                                          ******

Skoro już o Krakowie, to jeszcze na koniec mały fotograficzny spacer. Nowością było dla mnie odwiedzenie otwartego w tym roku, po 70 latach, Muzeum im. Emeryka Hutten - Czapskiego, w pięknym pałacyku z ogrodem. Muzeum mieści unikalną w skali europejskiej kolekcję numizmatyczną.

Pałacyk Czapskich od strony ogrodu
Ozdobna misa z wodą i rzeźbą Morfeusza w otoczeniu
kamiennych maszkaronów
Wawel skąpany we wrześniowym słońcu. 



























U wejścia do ogrodów Muzeum Mehoffera

niedziela, 16 czerwca 2013

Historie miłością pisane...

Chciałam dziś przypomnieć wydaną kilka lat temu książkę Bogny Wernichowskiej, znanej krakowskiej dziennikarki "Jak kochali Galicjanie" (Wydawnictwo ARCANA, Kraków 2005).




Książkę kupiłam ze względu na kilka szczególnie interesujących mnie historii. Są to bowiem krótkie eseje opowiadające o  znanych i całkiem nieznanych postaciach XIX - wiecznej  Galicji. Miłostki, romanse, wielkie uczucia, zakazane związki... 

Czyta się dobrze, Wernichowska prowadzi swą opowieść sprawnie i  interesująco. Trochę tu gawędy,  lekkiej opowieści, troszkę cytatów ze starych pamiętników.
Autorka kocha historię, a dawny świat widzi  nie tylko przez pryzmat rozlatujących się ze starości zakurzonych dokumentów. Widzi bowiem coś więcej - fascynujący, bo wciąż żywy emocjami tamtych ludzi, album będący skarbnicą niezwykłych opowieści, które ubrane jej piórem przybrały postać prezentowanych tu esejów.

Esejów jest 29, każdy ma swój tytuł i opowiada odrębną historię. Mnie najbardziej zaciekawiły:
* "Fatalna miłość najpiękniejszej" - o miłości Heleny Sanguszko i Adama Sapiehy
* Hrabia i "biała syrena" - miłość Adama Potockiego i Marii Kalergis
* "Panieńskie lata Beaty" - o perypetiach Matejki z dorastającymi córkami




Sama Autorka pisze o swej książce, że wszystkie zamieszczone w niej historie zdarzyły się: 
"...między rokiem 1803-1918 - pomiędzy Wisłą a Dniestrem i Zbruczem, tam gdzie wówczas rozciągała się kraina zwana Galicją. Bohaterami ich byli zarówno ludzie sławni z racji swoich dokonań z różnych dziedzinach, czy dlatego,  że  należeli do wielkich rodów - ale i zwykli mieszkańcy Krakowa, Lwowa, Tarnowa, Bochni i innych galicyjskich miejscowości  Jedni opisali swoje emocje w pamiętnikach, za niektórych uczynili to inni, podziwiający stałość ich uczuć albo gorszący się cudzymi mezaliansami i romansami. Dlatego też przetrwały na kartach dawno wydanych książek czy archiwalnych rękopisów. Uważając  że warto je przypomnieć, nim czas i biblioteczne mole zamienią wszystko w pył, opowiadam je tu na nowo..."

                                                                       *******

Książka liczy 214 stron, okładkę ma miękką, a w środku dużo czarno-białych ilustracji w tekście.
Wydana została w serii "Pamiętniki, wspomnienia, biografie".

sobota, 8 czerwca 2013

Nowaczyński o kobietach

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek czytałam coś tego autora. Może na studiach? Ale to było dawno, a pamięć jest ulotna. Kilka dni temu odebrałam zamówioną wcześniej w księgarni książkę Adolfa Nowaczyńskiego "Tylko dla kobiet". 
Jest to zbiór esejów o rożnych postaciach  (wbrew tytułowi nie tylko kobietach) napisany przenikliwie, z dużą erudycją, językiem ciekawym, choć nie zawsze łatwym. Sporo tu neologizmów, zabawy słowem, swobody literackiej. Nowaczyński czasem przypomina w błyskotliwych sformułowaniach Stanisława Wasylewskiego, ale nieraz to, co było oryginalne jeszcze przed wojną dziś nieco "trąci myszką". Sporo tu różnych aluzji, odwołań, dygresji. Szkoda, że wydawca nie postarał się o przypisy wyjaśniające, kim były niektóre postacie. Dla odbiorcy przedwojennego wszystko to było jasne, ale dziś niektóre sprawy są już mało czytelne. 


Mnie osobiście najbardziej przypadły do gustu 3 eseje.
1. "Piękna pani Przeździecka" - to z racji tego, że jest jedną z bohaterek mojej powstającej obecnie książki.
2. Prababka "Paneuropy" - chyba najciekawszy esej o znanej niegdyś Marii Kalergis, wielkiej muzie romantyzmu.
3. "Jedynak cesarzowej Eugenii" - o samej cesarzowej tutaj niewiele, więcej o cesarzu-mężu, na którym Nowaczyński nie zostawia przysłowiowej "suchej nitki". Zarzuca mu głupie i lekkomyślne nominacje, obciążenie erotomanią, ale przyznaje, że był gentelemanem. Trudno było nim nie być. To była wciąż Europa elity, na inne zachowania aż do końca I wojny nie było po prostu miejsca.




Adolf Nowaczyński (1876-1944) życiorys miał ciekawy, a w jakich czasach przyszło mu żyć mówią już same daty. Na końcu książki dołączono "Ze wspomnień wnuka" spisane w lutym 2013 roku przez Marka Sigmunda. Latem 1939 roku 6-letni wnuczek przebywał z dziadkiem Nowaczyńskim w urokliwym podolskim majątku Wojniłów. Zabytkowy dwór pamiętający czasy Sobieskiego szczęśliwie przeżył wszystkie dziejowe katastrofy - pogrom bolszewicki, wojny, dopiero w latach 1956-1958 z rozkazu Chruszczowa został "zlikwidowany" podczas akcji zacierania śladów polskości na tamtych terenach.
Dziadek Nowaczyński w uroczy sposób uczył wnuka alfabetu. Co rano opuszczał z okna na piętrze czekoladkę z Wedla. A były to niezwykłe czekoladki, z wierszykami, np. A - aniołek, B - baranek... 
Po 17 września 1939 roku rodzina musiała uciekać, wtedy to wnuczek po raz ostatni widział dziadka, który pozostał we dworze, na posterunku. Aresztowano go jako wroga narodu, posłano do groźnego Komisarza Ludowego. Tymczasem komisarz okazał się przedwojennym  kelnerem czy fryzjerem i znał dobrze Nowaczyńskiego. Wydał mu dokument ewakuacyjny do Warszawy. Pisarz uniknął śmierci ze strony Rosjan, ale w Warszawie nie poszczęściło mu się z gestapo. Przesłuchania na Pawiaku zostawiły trwały ślad na jego zdrowiu. Skatowanego zwolniono... Zmarł w szpitalu św. Rocha (s.204 - 207).
                                                                         *****

'Tylko dla kobiet" miało wydanie w 1934 roku. O obecne wznowienie (2013 ) postarała się Oficyna Wydawnicza RYTM. Okładka twarda, bez ilustracji.

środa, 3 kwietnia 2013

O Natalii, żonie Puszkina

W czas świąteczny czytałam po raz kolejny niewielką książeczkę Agnii Kuzniecowej "Moja Madonna". To  książka wydana w 1987 roku przez  Wydawnictwo TPPR "Współpraca" (dla młodszych czytelników wyjaśnię,  że TPPR to Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej). Tytuł oryginału  brzmi "A duszu twoju lublu..."
Autorka zadała sobie pytanie: kim była żona poety Natalia z Gonczarowych? 
Czy była jedynie piękną damą dworu zajętą przyjemnostkami, balami, przyjmowaniem hołdów, zakochanych spojrzeń cara Mikołaja? Czy tylko tyle?


























W latach 80. XX w. wydano w Rosji wspaniałe książki "Wokół Puszkina" i "Po śmierci Puszkina" napisane z wykorzystaniem archiwów rodzin Gonczarowych i Arapowych. To tam znaleziono  zupełnie inny obraz Natalii.
Piękna, światowa żona wielkiego poety, dama dworu, pełna subtelności i powagi. Życie dworskie zostało jej w zasadzie narzucone, taki dostała rozkaz od samego cara. W tamtych czasach i w jej sferze rozkaz nie do odrzucenia. Interesująca się sprawami swego męża (przepisywała jego rękopisy) matka dużej rodziny, skrywała kłopoty finansowe przed Puszkinem, by go nie martwić, by mógł spokojnie tworzyć.
On nazywał ją swoją Madonną... Umierając wiedział, że nienawiść świata ją dosięgnie.                   I dosięgła.
Sytuacja w jakiej znalazła się po swym drugim małżeństwie z generałem Łańskim przypomina nieco naszą polską gehennę Elizy Krasińskiej, żony Zygmunta.  Ostracyzm społeczeństwa po  drugim zamążpójściu był w przypadku Natalii Puszkin i Elizy Krasińskiej identyczny.
Wobec żon poetów kodeks moralny był jeszcze surowszy... jak widać. 
Na IV stronie okładki Wydawca pisał:

"...Kim była żona Puszkina? Wszyscyśmy się wychowywali w określonym stosunku do niej: lekkomyślna piękność, która powierzyła wychowanie dzieci i gospodarstwo swej siostrze Aleksandrze. Tak przedstawiano ją zarówno w wielu utworach literackich, jak i w pracach literaturoznawczych.

...Tak , Natalia jeździła na bale i nie mogła nie jeździć- była przy dworze. Była młoda i piękna... Nie to jednak wypełniło jej życie. W ciągu sześciu lat wspólnego życia z Puszkinem urodziła czworo dzieci, a więc porody, choroby, troski matki i pani domu , sprawy męża, w które była zaangażowana. Z pewnością była nieprzeciętną osobowością, żyła w swoim subtelnym i bogatym świecie duchowym.

Agnia Kuzniecowa"



Książkę czyta się dobrze, widać dużą sympatię autorki do swej bohaterki, ale to dla mnie akurat nie jest minus. Mamy tu więc obraz carskiej Rosji, życie codzienne, salony, bale, choroby dzieci, intrygi, miłość zmyśloną i tę prawdziwą, fałszywych i prawdziwych przyjaciół, szycie toalet,  troskę o pieniądze. Samo życie.


Dużym atutem książki są autentyczne listy bohaterów. W zakończeniu autorka zaznaczyła,  że jej książka składa się także z sugestii, z dopowiedzeń autorskich. Nie jest to opracowanie naukowe, raczej swobodna opowieść o Natalii  Puszkin.
                                                                         *******
Po latach nieprzychylnej prasy Natalia została zrehabilitowana. Portret pustej, pięknej lalki, zajętej głupstwami odszedł do lamusa. Kilka lat temu postawiono na moskiewskim Arbacie pomnik małżonków Puszkin. Wyglądają tak jakby wybrali się na spacer, trzymają się za ręce, młodzi, szczęśliwi...

wtorek, 26 marca 2013

Książki, przeceny, radość czytelnika i smutki autora...

Żyjemy w czasach tak przedziwnych, że w zasadzie już nic nie powinno mnie zdziwić. A jednak...
Całkiem prozaiczna sytuacja. Wizyta w hipermarkecie - nielubiana, ale nieodzowna, by zapełnić na 2 tygodnie lodówkę i mieć spokój. Przemknięcie między regałami z listą w dłoni, zapełnianie koszyczka, ale... przystanek na dziale "Książki".
Z przyzwyczajenia.
Jak książki, to zawsze muszę zerknąć.
Odrobina przyjemności między kupowaniem bagietki a mleczka do demakijażu.
Czasem zdarzają się przeceny. O tak, czasem można natknąć się na skarby w bardzo przystępnej cenie. Pamiętam, gdy pewien czas temu kupiłam na tym właśnie dziale, dokładnie w tym sklepie, przepięknie wydany album -  "Skarby królów Francji" z serii "Skarby świata" wydawnictwa Amber.


Na tym zdjęciu widać obwolutę i okładkę, równie piękną, po zdjęciu obwoluty. Co ciekawe, a niestety dość częste, tytuł z okładki (obwoluty) nie pokrywa się zupełnie z tytułem ze strony tytułowej, gdzie dopiero możemy przeczytać, że autorem książki jest Frederic V.Grunfeld, a jej tytuł brzmi "Królowie Francji."
Są to pewne niedociągnięcia wydawnicze, choć dopuszczalne. Książką się zachwyciłam, bo to był jeszcze czas mojej obsesyjnej miłości do wszystkiego, co francuskie, a ponadto zapłaciłam za nią jedyne 16 zł!
Jako czytelnik, nabywca i kolekcjoner książek  - można rzec - byłam w siódmym niebie!
Ale wracając do zakupów sprzed kilku dni...
Na tym samym dziale co zwykle, książki poukładane w rzędach,  zachęcające  kolorowe okładki. Wiele tytułów ze znanych ostatnio nowości, przeglądam, nie kupuję. Dużo beletrystyki. Ile kobiet pisze! Ile wydaje! Wszędzie namiary na autorki, strony internetowe, blogi, miłe panie uśmiechają się z okładek swych książek, których tytuły brzmią smacznie i kusząco. 
Oglądam, podziwiam, odstawiam na półkę. Nie można mieć wszystkiego. Nie można wszystkiego przeczytać. Braknie życia. 
Wreszcie kilka półek z książkami przecenionymi.  Spoglądam zachłannie, może natrafi się jakaś gratka? Ceny kuszące - 15, 12, nawet 10 złotych!
Nagle patrzę i oczom nie wierzę - skromna półeczka z książkami za 1, 99. 
Pośród rzuconych nieskładnie książeczek i całego bałaganu na półce za 1,99 widzę od razu tę jedną.   Zwraca moją uwagę staranne wydanie. Twarda oprawa, szyta, kredowy papier, zdjęcia. Nazwisko autorki nic mi nie mówi - Małgorzata Kościelniak "Siedem dni. Eseje i felietony". Biorę książkę do ręki i wsadzam do koszyka. Zabieram ją do domu, przeczytam, postawię na półce. Niech już tu nie leży, taka zapomniana, wyceniona na dwie złotówki. Tak nie postępuje się z książkami!

Podczytywałam ją sobie wieczorami, przed snem. Krótkie eseje-impresje na różnorodne tematy pisane - ja nazywam to - minimalistycznym stylem. Ciekawe, nawet oryginalne, nieprzegadane przede wszystkim. Widać, że autorka jest dziennikarką i zna starą zasadę "Gdy napiszesz dwie strony, skreśl jedną". 
Pisze interesująco i niebanalnie, nie o wydumanych problemach, ale o codzienności. 
Nie żałuję, że poświęciłam czas tej książce - było warto.
Zastanawiam się tylko, co czułabym ja, gdybym kiedyś zobaczyła jedną ze swoich książek wycenioną na 1,99? 
Czy kilka miesięcy, a nawet lat pracy, wieczory spędzone przy komputerze, niekończące się poprawki,  pracę wydawców, grafików można na tyle wycenić? 
Czy tyle kosztuje dziś wiedza, ludzka myśl, nasze marzenia?