piątek, 8 marca 2013

Izabela - pani na Białymstoku

Postać Izabeli z Poniatowskich Branickiej jest raczej znana. Królewska siostra, żona ostatniego Branickiego herbu Gryf, pani na Białymstoku. Przetrwały do naszych czasów jej liczne portrety, zachowała się korespondencja, a jej białostocka rezydencja po latach wraca do dawnego blasku. W czasach życia Izabeli zwano jej pałac w końcu "Wersalem Podlasia".
Będąc w ubiegłym roku, po raz pierwszy zresztą, w urokliwym Białymstoku, zakupiłam okazjonalną książkę A.C. Dobrońskiego i A. Lechowskiego "Izabela Branicka w 200-lecie śmierci".


Nie jest to biografia ukochanej siostry króla Stasia, ale raczej szkic przypominający jej zasługi.  Miała na pewno ogromny wpływ na życie w epoce stanisławowskiej. Wydana jako młodziutka dziewczyna za 30 lat starszego Jana Klemensa Branickiego podzieliła los podobny do wielu kobiet z jej sfery. Małżeństwa były wówczas transakcjami, sojuszem polityczno - majątkowym rodzin, ugrupowań politycznych. Potem dopiero przyszła w jej życiu miłość. Nie do męża, do generała Andrzeja Mokronowskiego.
Mówiono - wcale nie po cichu - że gdyby koronowany brat posiał jej rozum pewnie nigdy nie straciłby tronu. No cóż, być może...
Zachwyciła mnie rezydencja Branickich w Białymstoku, niedawno pałac  przeszedł remont, odzyskują dawny urok i blask ogrody. Mogłam zobaczyć je w środku upalnego, słonecznego lata.

Pałac Branickich od strony ogrodowej
Park angielski i widok na Pawilon pod Orłem
Pawilon pod Orłem, budowla ogrodowa, niedawno powróciła na swoje miejsce.
Pałac zniszczony w czasie wojny, odbudowano niezbyt dokładnie, jeśli chodzi o zachowanie rozkładu pomieszczeń. Najbardziej reprezentacyjna sala rezydencji, niegdyś biała, dziś jest w tonacji jasnozielonej. Pałac częściowo jest dostępny. Znajduje się w nim obecnie siedziba rektoratu Uniwersytetu Medycznego.                                                                                                                                                                                        

























To nie koniec mojej podróży śladami królewskiej siostry. Niedaleko Białegostoku leży niewielka Choroszcz, a tam perełka - śliczny pałacyk - muzeum, o zadziwiająco pięknych, XVIII-wiecznych wnętrzach. 

Warto wejść do środka i przenieść się w czasy rokoka. Meble, porcelana, bibeloty, obrazy w złoconych masywnych ramach... 
Izabela Branicka spogląda na nas z portretów, uśmiecha się, zaprasza do środka... 
W parku są piękne stare drzewa, kanały, mostki. Tylko nieco to wszystko zapuszczone. Mam nadzieję, że gdy przyjadę tu następnym razem park wkroczy w lepsze czasy. Na pewno takiej przemiany życzyłaby mu sama Izabela.

czwartek, 7 marca 2013

Biografie kobiet

Tak sobie pomyślałam, że skoro mój blog, jak nazwa wskazuje, ma być z założenia, przede wszystkim o biografiach, to dziś, w przeddzień Dnia Kobiet, zaprezentuję książki, których bohaterkami są panie. Nie wszystkie z książek  to klasyczne biografie, ale wszystkie mówią o kobietach.
Są wśród nich Polki, Francuzki, Niemki, Szkotki, Rosjanki...  Arystokratki, pisarki, faworyty władców, działaczki społeczne, królowe, tancerki, aktorki...
Kobiety szczęśliwe i przegrane, wytworne damy i skromne kobiety wielkiego serca, muzy artystów, zdradzane żony, szczęśliwe matki, emancypantki, laureatki Nagrody Nobla, projektantki mody, malarki...
Kalejdoskop kobiecych losów.





















Wszystkim Paniom odwiedzającym ten Blog dedykuję z okazji jutrzejszego  dnia 
słowa z tomiku Marii 
Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej:


"Idzie ulicą kobieta szczęśliwa (...)
spod butów umykają gwiazdy..."

[M.Pawlikowska-Jasnorzewska: Idzie ulicą kobieta szczęśliwa. Wydawnictwo Miniatura. Kraków 1995, s.29]

niedziela, 3 marca 2013

Dzień Pisarza

Marzec - miesiąc miły choćby z faktu rozstania z przedłużającą się zimą, czas budzenia się przyrody, czekania na nowe. Dodatkowo 3 marca obchodzi się Międzynarodowy Dzień Pisarza.
Święto ustanowił PEN Club w 1984 roku.
Przejrzałam najważniejsze serwisy informacyjne przed chwilką, a tam cisza. Sprawdziłam jeszcze raz datę, czy na pewno 3 marca? Tak. Ale ważniejsza w doniesieniach z pierwszych stron jest moda celebrytek i uchylenie rąbka tajemnicy, co widzowie zobaczą w 1553 odcinku swego ukochanego serialu. Kto, z kim, po co i dlaczego...
O pisarzach cicho. 
To postanowiłam napisać. 
Pisarz - dla mnie, to słowo wciąż wielkie. I wypowiadając je myślę o tych największych, którzy zostawili w literaturze wieczny ślad. 



"Wielu pragnęło zos­tać pi­sarza­mi prze­de wszys­tkim dla­tego, że mają ochotę żyć ja­ko pi­sarze. To sta­wianie wszys­tkiego na głowie. Prze­de wszys­tkim się żyje, a do­piero po­tem można ewen­tual­nie oce­nić, czy ma się coś do prze­kaza­nia, ale de­cydu­je o tym sa­mo życie. Za­pis jest owo­cem życia, nie zaś życie – owo­cem zapisu."


"Ra­da dla pi­sarzy: W pew­nej chwi­li trze­ba przes­tać pi­sać. Na­wet przed zaczęciem."

sobota, 2 marca 2013

Godurowo i jego mieszkańcy

Dziś o książce Izabeli z Żółtowskich Broszkowskiej "Zółtowscy z Godurowa".
Książka wydana  w serii "Biblioteka WIĘZI" w 2010 roku. Wydana starannie, w twardej oprawie,    z wyklejką i mnóstwem fotografii z rodzinnych archiwów autorki. Fotografie zachowały urok dawnych czasów, prawie wszystkie są w sepii, a reprodukcje są dobrej jakości.
To rodzinna opowieść o przodkach, starym domu wybudowanym pod wielkim dębem, ziemiańskim życiu, codziennych kłopotach, ale jakże innych od tych dzisiejszych.

 Wydawca pisze o książce: 

„Stary dwór w Godurowie był świadkiem zarówno najpiękniejszych, niemal sielankowych chwil, jak i tragedii rodzinnych czterech pokoleń Żółtowskich. Dzieje tego zasłużonego dla Wielkopolski rodu, barwnie opisane na podstawie pamiętników, listów, wspomnień i innych dokumentów znalezionych w archiwach, wiernie oddają koloryt epoki przełomu XIX i XX wieku.

Autorka, córka ostatniego przed zagładą 1939 roku właściciela majątku, Benedykta Żółtowskiego, pisze w Posłowiu: „Opisałam ich dzieje nie po to, by wyliczać wysokie rodzinne koligacje, owe prababki Zamoyskie, Potockie, Sapieżanki czy Lubomirskie, bo to wszystko, choć kiedyś było bardzo ważne, przeminęło z wiatrem, pozostała natomiast tradycja gorącego patriotyzmu, głębokiej religijności i solidnej pracy ludzi przyzwoitych”.

Dobrze czyta się opowieść o mieszkańcach starego, barokowego dworu w Godurowie. Najciekawsze są fragmenty mówiące o dawnym obyczaju. Możemy dowiedzieć się z czego składał się np. posag zamożnej panny. Interesujące się takie np. spostrzeżenia: "Moda wtedy zmieniała się co kilkadziesiąt lat, także wyprawne suknie nosiło się prawie do śmierci." (s.61).
Jest wzmianka o chłopcu,  który najęty był w majątku do doglądania krów,  jednak swoją pracą niezbyt się przejmował,  bo wolał czytać ukradkiem "Krzyżaków". Przyjęty wreszcie we dworze jako pomocnik kamerdynera, zakradał się często do dworskiej  biblioteki i czytał zachłannie powieści historyczne. Chłopcem tym był Ignacy Stachowiak, w latach późniejszych oficer polskiego wywiadu.
Historia takich rodzin, ich trwanie, przekazywanie tradycji nie jest jedynie martwym zapisem w sztambuchu i kolekcją starych fotografii. Ta historia wciąż (choć już inaczej) ma ciąg dalszy... Świadczy o tym choćby fakt, że przepiękny ślubny szal z belgijskiej, cennej koronki, należący niegdyś do Ludwiki Żółtowskiej do dziś dnia służy jako welon ślubny kolejnym pokoleniom w tej rodzinie... 



Na jednym ze zdjęć widzimy Ludwikę Zółtowską w rodowym naszyjniku z  pereł.  W przypisie stronę wcześniej można przeczytać, że piękne perły przysłużyły się rodzinie w późniejszych  ciężkich czasach. Zapinkę od naszyjnika, którą był okazały szafir otoczony brylantami, autorka otrzymała w prezencie ślubnym, by potem sprzedać, aby wpłacić na mieszkanie tzw. M4. 
Życie Godurowa przekreśliła II wojna światowa...

                                                                          ***
Dwór spalony został w 1946 roku. W dawnym majątku działał PGR. 
W internecie znalazłam zdjęcie niedawno odbudowanego dworu w Godurowie, jest w rękach osoby prywatnej. Czy związanej z rodziną? Tego niestety nie wiem.
Rok temu ukazała się kontynuacja rodzinnej historii " Trudne lata. Żółtowscy z Godurowa 1939-1956.". Ta lektura jest jeszcze przede mną... 

środa, 27 lutego 2013

Portrety trzech dam warszawskich

Chciałam dziś napisać o ciekawej a zapomnianej książce wydanej ponad pół wieku temu. To  niewielka, ale pasjonująca opowieść pióra Stanisława Szenica "Ochmistrzyni i faworyty królewskie. Portrety trzech dam warszawskich".



Książka wydana przez Iskry w 1961 roku składa się z trzech rozdziałów:
1.  Urszula Meierin
2. Pani Grabowska
3. Vaubanka
Autor - ceniony i znany pisarz, autor m.in. biografii o Marii Kalergis, napisał szkice o trzech damach związanych z Warszawą. Ochmistrzyni, szara eminencja na dworze Zygmunta III Wazy - Urszula Meierin.  Faworyta i prawdopodobnie morganatyczna żona (tego Szenic nie potwierdza) ostatniego naszego króla - Elżbieta Grabowska i wreszcie Francuzka z pochodzenia markiza de Vauban - przyjaciółka księcia Poniatowskiego.
Żadna z tych pań nie urosła być może do rangi słynnej faworyty Ludwika XV madame de Pompadour, ale i nasza historia nie wolna była od zakulisowych posunięć dyktowanych kobiecą ręką.
Mnóstwo tu anegdot, obyczajowego szczegółu, ciekawostek. Jest też staranna polszczyzna autora, jego erudycja, dociekliwość w docieraniu do źródeł. 
Strona tytułowa, podobnie jak okładka projektowana przez
Janusza Grabińskiego.
 Do każdego rozdziału podana jest bibliografia. Autor nie zapomina także o ilustracjach, które znacząco wzbogacają treść książki. 
Mamy tu nie tylko portrety, ale medale, puzderko z miniaturą króla Stasia, fragmenty listów, bilety wizytowe. 
Wszystkim zainteresowanym dawnymi 
dziejami i wpływem kobiet na naszą politykę, kulturę i życie codzienne  opisaną tu książeczkę 
 (ponad 160 stron, ale niewielka czcionka) polecam.
Ja przypomniałam sobie o niej przy poszukiwaniu zupełnie innej książki.
Dodatkowo, tęskniąc za wiosną, wzbogaciłam zdjęcia o kwiatowe,          wiosenne akcenty...

poniedziałek, 25 lutego 2013

Książki, których niestety nie przeczytam...

Mam w swojej biblioteczce książki, które pochłonęłabym od razu. Niestety, nie przeczytałam ich jeszcze... Od wielu zresztą lat są w moich zbiorach - oglądane, cenione, ale... jakoś nieprzeczytane. I pewnie tak już zostanie.
Za młodu, gdy umysł świeży, zamiast uczyć się języków, wolałam czytać książki i malować. I tym sposobem poliglotą nie zostałam. Czasu nie wrócę, stało się. Niekiedy mam nagłą chęć na szkolenie - ale przeważnie kończy się na szlifowaniu i odkurzaniu angielskiego i francuskiego.
A tymczasem książki nieprzeczytane, a pięknie wydane, leżą i czekają...
Ponieważ z każdej mojej podróży, dalszej i bliższej, przywożę kilogramy papieru, typu: foldery, prospekty, książeczki, przewodniki... to nic dziwnego, że pojawiły się wśród tego zbioru i te prezentowane poniżej.


Ten piękny albumik dotyczący muzeum - zamku w Ratyzbonie, należącego do dziś do znanej rodziny Thurn und Taxis, wydany w 1998 roku, zakupiony w muzealnym sklepiku, napisany jest niestety w języku niemieckim.
Pod koniec książki jest wprawdzie streszczenie w trzech językach (włoski, angielski, francuski), ale to szczątkowe informacje, w porównaniu z opisami zgromadzonymi na  70 stronach.

Historia carowej Katarzyny II i jej bajkowej rezydencji w Carskim Siole. Książka wydana w 1992 roku w języku duńskim. Zakupiona dosłownie za grosze (oczywiście były to ruble) w muzealnym sklepie w Carskim Siole. Kredowy papier, kolorowe zdjęcia.
W myśl zasady "nigdy nie mów nigdy" mam jeszcze niewielką nadzieję, że kiedyś zasiądę w fotelu z filiżanką kawy i przeczytam po duńsku historię carowej Rosji. Nigdy nie wiadomo...

niedziela, 24 lutego 2013

Biografia "Daisy Księżna Pszczyńska"

Lubię zaglądać do Pszczyny. To urocze miasteczko, pełne ciekawej architektury i zamku-Perły Śląska. Jest też wzorowo utrzymany romantyczny park i mnóstwo miejsc, gdzie wypijemy kawę, zjemy deser... 
Jest też Informacja Turystyczna, z której za każdą moją wizytą wychodzę z czymś nowym. Czasem są to "tylko" foldery, ale często są to książki. Tym razem była to książka. Piękne wydanie biografii - księżnej Daisy von Pless, pióra W. Johna Kocha. Autor dzieciństwo spędził w Wałbrzychu, jego matka jako kilkunastoletnia dziewczyna została kiedyś przedstawiona księżnej Daisy... Z Wałbrzycha wyjechał w 1936 roku, potem była wojna, a w 1954 roku wyemigrował do Kanady. Na emeryturze poświecił się pisarstwu. Długi czas prowadził badania, poszukiwania. Nawiązał kontakty z rodziną Hochbergów, osobami pamiętającymi księżnę, licznymi instytucjami.




Książka zyskała przepiękną szatę graficzną. Wydawcą zostało Muzeum Zamkowe w Pszczynie. Biografia Daisy posiada bardzo dużo dobrej jakości ilustracji zarówno czarno-białych, jak i kolorowych portretów. Atutem jest dobrej jakości papier i duża czcionka.

Na okładce wykorzystano znaną fotografię Daisy wykonaną w Studio Lafayette w Londynie.
Tu jedna z wersji tej fotografii tzw. Daisy z turkusem.

Na stronie Wydawcy, a więc Muzeum w Pszczynie, możemy o książce przeczytać:

"Jest to fascynująca i wnikliwa biografia księżnej Daisy Hochberg von Pless de domo Marii Teresy Oliwii Cornwallis-West (1873-1943) w przekładzie prof. dra hab. Zdzisława Żygulskiego Jun. przy współpracy Teresy Grzybkowskiej.
 Książka przybliża czytelnikowi sylwetkę angielskiej arystokratki, która poprzez małżeństwo z pszczyńskim księciem związała swe losy ze Śląskiem.
Niewątpliwym atutem biografii są licznie wykorzystane oryginalne fragmenty pamiętników księżnej oraz jej listów, a także fotografie i portrety, z których wiele nie było do tej pory publikowanych."

Biografia liczy ponad 400 stron. Autor ciekawie prowadzi swą opowieść o Daisy, chce ją zrozumieć, domyślić się, co czuła. Przedstawia także kompromitującą prawdę o późnowiktoriańskiej epoce w Anglii. O braku miłości w rodzinach, o dzieciach, które często jedynie przeszkadzały swym matkom zajętym rozmowami o nowych fasonach kapeluszy, o mężczyznach zajętych "swymi sprawami" . Matka Daisy, znana angielska piękność,  zabierała nieraz swe dzieci na spacery powozem. Po co? Bo były modnym dodatkiem do stroju!  Przeważnie zabierano dziewczynki. Do czasu. Bowiem pewnego dnia księżna Dudley zabrała do powozu swego małego synka. Wówczas matka Daisy wydobyła z zapomnienia swego nielubianego syna George'a. Dziecko milcząco jechało w powozie obok swej matki. Tego wymagała moda!

Nieprawdopodobnie brzmią te informacje o bezmyślnych angielskich elitach. Takich obyczajowych rewelacji jest zresztą w książce wiele. Później dotyczą one raczej mentalności pruskiej. Równie "egzotycznej".
Mamy tu jeszcze ciekawy portret milionera-męża, banalnie przeciętnego mężczyzny, skostniałego w swych zasadach. Ciekawie nakreślony jest Wilhelm, ostatni cesarz Niemiec, (przyjaciel?) Daisy. Księżna pozwalała sobie na dworze pruskim na wiele, takie zachowania bardzo swobodne, łamiące etykietę były źle widziane przez tamtejszą arystokrację, ale Wilhelm na to pozwalał. Dlaczego? Na to nie ma odpowiedzi, są domysły...
Autor nie goni za skandalami, wyraźnie zaznacza gdzie zachowuje dyskrecję i nie zdradza np. nazwiska bardzo bliskiego dla Daisy  mężczyzny. Opis ich związku też pozostawia pewne znaki zapytania. Czy po tylu latach taka dyskrecja jeszcze ma znaczenie? To pytania dla czytelników...

Obraz Daisy pokazany jest wieloaspektowo. Daisy- angielska piękność i jedna z najsłynniejszych kobiet Europy przełomu XIX i XX wieku. Daisy - reformatorka społeczna i wreszcie Daisy - kobieta dążąca do zwykłego, ludzkiego szczęścia. W gruncie rzeczy pośród tych wszystkich koronowanych głów, pałaców, marmurów, pereł i diamentów kobieta przeraźliwie samotna.
Gdy zmierzamy do końca książki robi się coraz bardziej smutno. Nachodzi kilka refleksji: im wyżej jesteśmy na drabinie społecznej, tym upadek bywa boleśniejszy, a fortuna kołem się toczy...
Rozwód, choroba, wydalenie przez hitlerowców z zamku w Książu, śmierć w samotności...
Gdy zamykałam ostatnią stronę książki uczuciem, które mi towarzyszyło było współczucie. Dziś Książ, a szczególnie Pszczyna pielęgnują pamięć o tej niezwykłej Angielce, którą wydano za niemieckiego księcia. Zachwycamy się jej portretami, luksusem jej rezydencji, robimy zdjęcia z "ławeczką księżnej Daisy" na pszczyńskim rynku. Może się wydawać, że jej życie było niezwykłe i bogate. Myślę jednak, że było to życie, co prawda w baśniowych dekoracjach, ale jednak nieszczęśliwe, wypełnione niespełnieniem i  brakiem zrozumienia.
                                                                              ***
Tak akurat się składa, że wydana w 2012 roku książka  jest w zasadzie publikacją okolicznościową. Rok 2013 został ogłoszony na Dolnym Śląsku Rokiem Księżnej Daisy. Nie bez powodu.
Przypada bowiem właśnie teraz 140 rocznica jej urodzin i 70 rocznica śmierci.