Przez kilka dni czytałam piękną książkę. To książka o domu. Nie takim sobie zwykłym, bo wybudowanym w drugiej połowie XVIII stulecia jako rodowa siedziba Walickich. Potem w wianie kolejnych córek przeszedł na Zamoyskich, Lubomirskich i wreszcie Morawskich.
Autor - Zdzisław Morawski - miał 18 lat, gdy rodzina została wygnana w 1945 roku z własnej siedziby.
We wstępie pisał: "Moim domem w zasadzie nie był zwykły dwór, ale siedziba wielce okazała, tchnąca tradycją, historią i szczycąca się czymś niezbyt częstym także w dawnej, przedwojennej czy dziewiętnastowiecznej Polsce - ciągłością posiadania."
Siedzibą tą był pałac w Małej Wsi koło Grójca. Autor mając w pamięci jeszcze "tamten" świat zasiadł do pisania swych wspomnień, w których chciał ocalić i przekazać potomnym pamięć o sposobie życia i tradycjach ziemiańskich. Zrobił to w bardzo zajmujący sposób, piękna polszczyzną, tak charakterystyczną dla osób, które urodziły się jeszcze przed wojną. To książka wspomnieniowa i sentymentalna. Morawski wiedział, że nie uniknie być może w niektórych aspektach pisania pewnego retuszu, ale opisywał przecież swoją młodość, a więc ten czas, do którego zawsze powracamy z pewną nutką sentymentu.
Bohaterem książki jest nie tylko pałac, ale także jego mieszkańcy i goście. W salonach z bogatych ram patrzyły na przedwojenną generację twarze przodków. Historię życia dam z portretów dobrze znało nowe pokolenie. Rodzina miała bowiem silnie zakorzenione poczucie ciągłości. Pracowało na to w małowiejskim pałacu "siedem pokoleń, które tworzyły duszę tego domu albo upiększając go i wzbogacając; albo - w trudnych czasach - ratując go od zniszczenia i upadku."
Literatura wspomnieniowa dotycząca życia byłych ziemian i ich potomków jest coraz bogatsza, wciąż wydaje się nowe tytuły. Po latach przymusowego milczenia teraz głosów tych jest coraz więcej. Można by pomyśleć, że to kolejna tego typu książka, jedna z wielu, podobna. A jednak nie...
To opowieść o konkretnej rodzinie i jej losach. Pięknych damach, szwoleżerach, prababkach, które podążyły za mężami na Sybir, zabawnych ciotkach, dobrych gospodarzach, dziadkach, którzy chodzili jeszcze w kontuszach... To wreszcie opowieść o pałacu, który przetrwał do dziś zapisując w swych murach milczącą pamięć o dawnym życiu.
Morawski - choć sięga pamięcią do historii rodzinnej - skupia się przede wszystkim na opisaniu lat, które sam jako dziecko i młody mężczyzna zapamiętał.
Dobra małowiejskie to było 2300 hektarów, ogrom ziemi, lasów - świetnie zarządzany. Było to bowiem w zasadzie przedsiębiorstwo, składające się z sadów, ornej ziemi, koni, owiec, gorzelni, cegielni. Centrum stanowił pałac.
Zarządzanie takim majątkiem regulowały różne niepisane postanowienia, które wchodziły w kodeks moralno-honorowy polskiej wsi w tamtych czasach. Kto został raz przyjęty do pracy miał ją już do śmierci, nie zwalniano nigdy raz przyjętego pracownika. Ojciec autora - Tadeusz Morawski postawił na sadownictwo, które do dziś przecież w rejonach Grójca znakomicie się rozwija. Małowiejskie jabłka, szczególnie odmiana koks orange były bardzo poszukiwane na rynku niemieckim. Każde jabłko było owinięte w bibułkę, wkładane do specjalnych skrzynek z napisem "Sady Małowiejskie, Poland".
Dzieci wychowywane były surowo, bez luksusów, o jakie można byłoby posądzać "pałacową" egzystencję. Nie mogły leniuchować, wstawały o 7.30, nie mogły wstać od stołu póki nie zjadły posiłku. Dzieci jak to dzieci czasem wrzucały niedojedzone kromki chleba do stojącego nieopodal pianina, takie wybryki jednak dobrze się nie kończyły i trzeba było szykować się na wymówki rodziców. Gdy przyjeżdżali do pałacu goście dzieci siedziały na końcu stołu, musiały milczeć, a odzywały się dopiero wówczas, gdy ktoś z dorosłych zadał im pytanie.
Po obiedzie był czas na obowiązkowe leżakowanie. Latem na kocach lub leżakach pod brzózkami, wówczas mama (Julia z Lubomirskich) czytała dzieciom 'O krasnoludkach i sierotce Marysi", potem "Krzyżaków", "Trylogię".
Końcowe rozdziały książki dotyczą wojny i czasów powojennych. Ileż tu celnych stwierdzeń, ważnych myśli!
W 1946 roku, gdy rodzina znalazła się w jakiejś warszawskiej "norze" wygnana z domu, bez perspektyw, bez środków do życia, pojawiła się możliwość wyjazdu do Francji. Pytanie: jechać czy nie jechać? Zostali.
Matka autora decyzję pozostania wyraziła w słowach: "Macie żyć tu (...) i tu pracować, bo tu jest nasz kraj, tu nasza ziemia, tu spoczywają kości naszych przodków, stąd bierze się nasza siła."
Z żalem przewracałam ostatnią kartkę książki. Zamykając ją za autorem mogłabym powtórzyć pytanie "Gdzie ten świat"?
***
W 2008 roku pałac w Małej Wsi powrócił do rodziny. Więcej można przeczytać tutaj.
Obecnie jest remontowany.