środa, 29 maja 2013

Lektury na majowo-czerwcowy weekend...

Długi weekend zaczęłam już dziś (tak mi się szczęśliwie złożyło). Po porannej kawce spacerek do centrum miasta i odwiedziny w bibliotece. Nie ukrywam kompletuję źródła do mojej kolejnej książki,  więc znów wszystko "kręci się" w II połowie XIX stulecia. Wybór lektur jest podyktowany  po części  moimi przygotowaniami.

1. Zbigniew Sudolski "Polski list romantyczny", Kraków 1997 (Wydawnictwo Literackie)
2. Józef Lubomirski "Historia pewnej ruiny. Pamiętniki 1839-1870", Warszawa 1975 (Czytelnik)
3. Listy Teofila Lenartowicza do Tekli Zmorskiej 1861-1893. Warszawa 1978. (PWN)

Jeszcze mała dygresja dotycząca tzw. komputeryzacji bibliotek. Moja biblioteka dołączyła do tego grona kilka lat temu. Czytnik, komputer i ... naklejka z kodem kreskowym na okładce. Często  naklejka zasłania jakiś ciekawy element okładki czy zdjęcie. Niby detal, ale trochę denerwujący.  
Zdjęcia poniżej to prezentują. Róża nie jest tu elementem dekoracyjnym, lecz zasłaniającym kod i cyferki.




   














Na stoliczku leży też od kilku dni pięknie wydana książka "Kalkulować... Polacy na szczytach c.k. monarchii" W. Łazugi (to już mój nabytek, nie z biblioteki). Zaczęłam czytać... a przed chwilką przeczytałam wrażenia z lektury tej pozycji na Słowem malowane.


Wszystkim odwiedzającym blog życzę udanego wypoczynku, inspirujących lektur, wiosennych spacerów i powodzenia w realizacji weekendowych planów.

23 komentarze:

  1. Dziwnie ponaklejali te naklejki z kodem... W katowickich bibliotekach one są zawsze z tyłu, przez co nie rzucają się aż tak w oczy. Choć czasem ten kod na książce potrafi wzbudzić alarm w sklepie, gdy przechodzę przez bramkę :D to jednak lubię ten nowoczesny system. Mogę sobie w domu sprawdzić, czy książka jest, czy jej nie ma i dzięki temu nie jadę do biblioteki na darmo :)

    Również życzę miłego wypoczynku, no i ciekawej lektury :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślę, z tyłu jakoś więcej miejsca...no ale jest jak jest. Dostaję od razu wydruk z datą, kiedy kończy się czas trzymania książek, to też dość wygodne.

      Usuń
    2. Ja też pierwszy raz widzę, żeby naklejki były z przodu... U mnie są z tyłu, są za to dużo większe. Uroczy miałaś pomysł z tą różyczką!

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja nie jestem za skanowaniem, bo lubię zdjęcia:)
      A poza tym nie mam skanera, drukarka jeszcze kawalerska męża ledwo zipie (swoją sprzedałam, tak jak i skaner) i liczę na to, że kiedyś będę miała taki sprzęt 3 w 1 i oczywiście lepszy aparat:)

      Usuń
    2. Tak, "Polski list romantyczny" to seria "Biblioteki Romantycznej". Nie wiem, czy to jeszcze kontynuują, n astronie wydawnictwa nic nie znalazłam.

      Skaneru nie posiadam, poza tym lubię robić zdjęcia...:)

      Usuń
    3. Jeśli chodzi o nowy projekt/pomysł, wszystko na razie w fazie wstępnej, tworzy się. W zależności od zebranych materiałów powstanie opowieść albo o jednej z pań Raczyńskich, albo o niej i jej siostrach. Wszystko osadzone w XIX stuleciu.

      Usuń
    4. Czy tak, czy tak, powstanie z tego na pewno wspaniała opowieść:)

      Usuń
    5. Mam nadzieję...że tak będzie.
      Dziś od rana u mnie deszcz, więc aura sprzyja czytaniu, notowaniu.

      Usuń
  3. Szkoda że w mojej bibliotece nie ma takiego systemu. Niestety nadal muszę polować na książki, biegając do biblioteki... A może to lepiej trochę się poruszam. :) Może i naklejki nieciekawe, ale za to możemy oglądać piękną różę. A i sama lektura ciekawa, zwłaszcza ten: "Polski list romantyczny". Szkoda że tradycja listów zanika.

    Miłego weekendu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam do listów wielki sentyment, lubię je czytać, to kopalnia wiedzy o czasach i ludziach.

      Usuń
  4. Lektury weekendowe bardzo ciekawe, zważywszy na to, że na książkę Sudolskiego poluję, a niestety jakoś nikt nie wystawia na allegro. Lubomirskiego i "Listy..." zapisałam:)Pamiętniki to niezła odskocznia od faktograficznego acz bardzo dobrego "Kalkulować...". A tak w ogóle dziękuję:)

    Buzia mi się uśmiecha, bo mam już u siebie jednak Amparo:)Książka cudna, przeglądam, badam, ale wierna jestem jeszcze "Dziedzicowi...".

    Dobrego i słonecznego odpoczynku:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jesli chodzi o cyfryzację bibliotek, jestem jak najbardziej za, niezwykle udogodnienie. Swego czasu skończyłam kurs bibliotekoznawczy, acz bardzo żałuję, że nie byłam za młodu mądra i nikt mi nie podpowiedział, że są jakoweś studia bibliotekoznawstwa. U mnie nie ma - oprócz pedagogicznej - jeszcze takich bibliotek. Przynajmniej ja wypożyczam (a raczej moja córka bierze na moją i swoją kartę) z osiedlowej na karty biblioteczne jak dawniej wkładane do ksiązek i długopisem potem zapisywane. Myślę, że teraz przyjemniej jest studiować i pracować naukowo. jak sobie przypomnę ile się czasu traciło na przeglądanie katalogów, wypisywanie, potem czekanie, co nie zawsze się przekładało na ilość akurat dostępnych książek. Ach:)A poza tym słynne fiszki:)))
      No nic, rozpisałam się, czas na czytanie:)

      Usuń
    2. O tak, książkę o Amparo miło się ogląda, tyle tam ciekawych, różnorodnych ilustracji. Jej rysunki kwiatów, wachlarze.

      Jak najbardziej jestem za cyfryzacją, jeszcze kilka lat temu potrzebne do pisania książki i czasopisma przeglądałam w czytelniach naukowych bibliotek - dziś mnóstwo z nich jest w internecie. Wczoraj czytałam sobie np. fragmenty "Pamietników włóczęgi" Jaxy-Bykowskiego, całkowicie zapomniana powieść z 1872 r.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    5. Pamiętam kalki, robiliśmy przez nie ściągi w liceum! A niektóre koleżanki "farbowały" sobie nimi grzywki na fioletowo. Była jakaś taka moda swego czasu!
      Na studiach było na szczęście już ksero...
      Ile wspomnień wiąże się jednak z tymi, śmiesznymi z dzisiejszej perspektywy, utrudnieniami.

      Usuń
    6. Maszyna do pisania jeśli nie ma wartości sentymentalnej za jakiś czas będzie miała wartość muzealną.
      Lepiej się jej nie pozbywać, nie wiadomo jeszcze do czego może się przydać.

      Usuń
    7. Na studiach było też już ksero, mam do dziś pokserowane całe książki, których nie można było dostać. Zbindowane dodatkowo lub w teczkach. Ale to już były lata 90-te:) Ręka jednak bolała od pisania notatek i został jakiś krzywy palec:)

      Usuń
  5. Też mi został z dawnych czasów Underwood, pamiętam jakie to były emocje na początku jej używania, zaraz zabrałam się za pisanie listów i spierałam z mamą, co elegantsze (ja wychodziłam z założenia, że lepiej jest, jak odbiorca nie musi się męczyć nad odcyfrowywaniem cudzego pisma, tylko ma podany na tacy list napisany na maszynie)...

    U mnie długiego weekendu brak - dziś też pracuję, a co dopiero jutro :) tak że żadnych rozbuchanych planów czytelniczych nie mam, zaczęłam kolejnego Bałuckiego i bardzo mi się podoba.

    A co do cyfryzacji bibliotek, to miałam ostatnio taką przygodę, że w pracy sprawdziłam, że dana książka jest i gdzie stoi, po pracy poszłam po nią i ... nie znalazłam na półce, pani bibliotekarka pomagała mi szukać, aż druga usłyszawszy, czego nam trzeba, rzuciła niedbale, że właśnie ją przed chwilą wypożyczyła. Tak że i sprawdzenie przed wyjściem z domu nie zabezpieczy przed niepotrzebnym spacerem :) ale fakt, że ułatwia życie. U mnie biblioteki osiedlowe też już są skomputeryzowane i gdy czegoś szukam na miejscu, pani mi podpowiada, do której filii się udać, jeśli u nich nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam dokładnie kiedyś podobny przypadek, ale... lubię wizyty w bibliotece, zawsze coś, czego jeszcze nie znam albo było niedostępne, bo wciąż wypożyczone, się znajdzie. Moja biblioteka w ogóle wypiękniała, jest po generalnym remoncie - przyjemna, przyjazna i położona przy parku. Także spacer potem nieodzowny.

      Usuń
  6. Rozmarzyłam się czytając Wasze komentarze o studiach :) Zatęskniłam za tymi pięknymi czasami, ech... Ksero mieliśmy - pół mojego roku z niego korzystało, żeby ode mnie notatki kserować:) Bo ja byłam z tych "nienormalnych", którzy siedzą na wykładach z długopisem w kajecie i wzrokiem wbitym wiernopoddańczo w wykładowcę, a potem w domu powtarzałam materiał przepisując go na czysto:) Do tej pory krążą legendy o moich zeszytach. Tak było na pierwszym i drugim roku, bo potem już zmądrzałam i zaczęłam żyć życiem studenckim.
    Sudolskiego właśnie ze studiów pamiętam - świetnie się go czyta.

    Ja też jestem za komputeryzacją bibliotek, bo niby to faktycznie ułatwia zamawianie książek, jednak wszystko psuje fakt, że bez znajomości w bibliotece na książkę zamówioną czeka się nieraz pół roku...

    Miłego weekendu ze znakomitą lekturą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie tak dawno miałam "na pamiątkę" notatki i zeszyty z czasów studiów, ale 4 lata temu, podczas generalnego remontu stwierdziłam, że najwyższy czas się z nimi pożegnać. Zrobiłam tym samym miejsce na nowe notatki, segregatory, materiały do kolejnych książek.
      Trochę było szkoda...

      Usuń