czwartek, 9 października 2014

Roman Aftanazy i jego wielkie dzieło o Kresach.

Zmotywował mnie do tego wpisu projekt "Kresy zaklęte w książkach". Do tej pory jeszcze osobnego wpisu o Romanie Aftanazym i jego dziele nie stworzyłam. Powoływałam się na jego prace pisząc o różnych kresowych książkach np. Świat zapamiętany. 
W tym roku odwiedziłam Wrocław i nie podarowałam sobie wizyty w Ossolineum, gdzie Aftanazy pracował po II wojnie. Nie tak dawno na ścianie tej szacownej instytucji umieszczono pamiątkową tablicę poświęconą wielkiemu pasjonatowi i znawcy Kresów.


Ossolineum


Pięknie odnowiony gmach Ossolineum
      

Dziś chcę napisać o Romanie Aftanazym  i przypomnieć człowieka, bez którego benedyktyńskiej pracy, ogromnej pasji, wiedzy i samozaparcia  nasza wiedza o polskich siedzibach na Kresach byłaby niewielka.

Wyraz i pojęcie  Kresy w czasach PRL nie istniało. Aftanazy - autor monumentalnego, wielotomowego dzieła o historii polskich rezydencji i dworów położonych (w dużej części nieistniejących) na dzisiejszej Ukrainie, Białorusi, Litwie, Łotwie, by wydać je pod koniec lat 80. musiał zdecydować się na tytuł Materiały do dziejów rezydencji.  Wydał je wówczas Instytut Sztuki PAN w nakładzie tysiąca egzemplarzy. Niewiele, jak na czasy, gdy książki schodziły z drukarni w nakładach średnio 20 tysięcy!

O jakie rezydencje i materiały chodziło? Tylko nieliczni wiedzieli, że dotyczą dawnych polskich pałaców i dworów, zamków rozsianych  na Podolu, Wołyniu, Litwie, od Bohu po Niemen.

By zadowolić cenzurę, słowo Kresy paść w tytule nie mogło. Ta sama praca w latach 90. wydana została ponownie już pod innym tytułem: Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej (11 tomów dużego formatu z unikalnymi ilustracjami, tym razem wydało już Ossolineum w latach 1991-1997).


Z dzieła R. Aftanazego korzystam w czytelniach. Na
 własność, od niedawna, mam zaledwie tom Xb
Materiałów do dziejów...
To 309 stron ilustracji, jest ich łącznie 552, dotyczą
 dawnego województwa bracławskiego, gdzie niegdyś istniały
takie siedziby jak Berszada, Kasperówka, Niemirów, Pietniczany,
Peczara,  Tulczyn (na okładce, który w części ocalał),
Wierzchówka i dziesiątki innych...
Skąd takie zainteresowania u urodzonego w 1914 roku syna urzędnika kolejowego? A stąd, że kiedyś został zaproszony na wakacje na Polesie do starego, szlacheckiego dworu... 
Życie, które wówczas zobaczył, atmosfera panująca w starym gnieździe, rodzinne pamiątki przekazywane z pokolenia na pokolenie, tradycje, dzieła sztuki... wszystko to tak wpłynęło na młodego człowieka,  że od tematyki dworów - polskich siedzib nie uwolnił się już do końca życia.

Z wykształcenia historyk, jeszcze w 1944 roku podjął pracę we lwowskim Ossolineum. Potem... świat się zmienił. Lwów musiał opuścić w 1946 roku. Wraz za Ossolineum przeniósł się do Wrocławia, gdzie pracował nawet na emeryturze.

Ktokolwiek miał w ręce choć jeden tom z jego dzieła, ten wie, ile pracy autor musiał włożyć w jego przygotowanie. To dzieło życia, bo też i całe życie temu poświęcił.

Zgromadził kilka tysięcy fotografii, kontaktował się z dawnymi właścicielami, często korespondencyjnie, opisał dzieje prawie 1500 polskich siedzib!
 Pracę dokumentalisty zaczął jeszcze przed wojną, wówczas miał ostatnią szansę, by widzieć rezydencje na własne oczy, zanim walec historii przetoczył się przez tamte ziemie paląc, niszcząc, a jeśli zachowując,  to już nie jako polskie dwory i pałace, ale magazyny, kina, szkoły. 

Pracował nad swym dziełem sam, bez wsparcia, w czasie wolnym, poza pracą zawodową. 
Nie od dziś wiadomo, że z prawdziwej pasji mogą powstać rzeczy wielkie. W tym przypadku - powstały.

***
Zainteresowanych szczegółowym życiem i pracą Romana Aftanazego odsyłam do bardzo ciekawego artykułu:
Hasło Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczpospolitej  podaje także wikipedia. Kto ciekawy niech zajrzy, imponująco wygląda alfabetyczny spis rezydencji. Były to niegdyś polskie domy kultywujące tradycje, stojące na straży kultury, wartości, które dziś często spycha się na margines. By nie przepadły na zawsze, potrzebna jest pamięć...



piątek, 3 października 2014

Od Smoleńska po Dzikie Pola

Książka Teresy Siedlar-Kołyszko "Od Smoleńska po Dzikie Pola" (Oficyna Wydawnicza "Impuls", Kraków 2008 r.) to reportaż z wizyt autorki na Wschodzie. Przemierzanie Kresów w latach 90. XX wieku, szukanie pozostałości po polskiej kulturze i sztuce, liczne rozmowy z Polakami składają się  na obraz trwania polskiego na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej.


Niektóre rozdziały pisane były 20 lat temu, a to jednak sporo, biorąc pod uwagę czas przemian, który dosięgnął również tamte rejony. Jest to jednak cenny zapis wrażeń, stanu faktycznego, spotkań z wieloma Polakami od pokoleń żyjącymi na tych ziemiach. Teresa Siedlar - Kołyszko jawi się tu jako niestrudzona podróżniczka, która chce dotknąć, zobaczyć, poczuć. Ma świadomość historii tych ziem, podąża szlakiem sienkiewiczowskich bohaterów, polskość jest na Kresach dla niej wciąż obecna. To nie jest czas przeszły, to wciąż dziejąca się historia, choć już nie tak świetna jak kiedyś, okaleczona i przeorana przez sowiecki walec.  
Książkę rozpoczyna rozdział "Smoleńsk", bo był to najdalszy bastion Rzeczpospolitej.  Tu, na ziemi smoleńskiej, miał majątek ziemski Andrzej Kmicic. 
W kolejnych miejscowościach autorka podąża szlakiem zrujnowanych kościołów, ruin mówiących o dawnej wielkości, bogactwie. Jakże piękny musiał być na przykład taki kościół w Smolanach nad Orszą, którego zdjęcie zostało zamieszczone w książce. Ocalał ponoć tylko dlatego, że przez lata było tu ... kino.

Na Łotwie (dawne polskie Inflanty) jest miasteczko Krasław nad majestatyczną i potężną Dźwiną, niegdyś należał do Platerów. To z tego rodu pochodziła słynna Emilia - bohaterski pułkownik Mickiewicza. Autorka pojechała do tamtejszego kościoła, oglądała zachowane rodzinne epitafia, a ksiądz zwrócił jej uwagę na jedną z metalowych  tabliczek przytwierdzonych do ławki - "Emilia hr. Plater". Ławka należąca do dzielnej hrabianki, tabliczka, która przetrwała, świadectwo historii...
Napotkani w czasie podróży Polacy opowiadają dużo i chętnie. Wielu tam potomków dawnej szlachty, którzy kiedyś mieszkali w licznych rozsianych  gęsto na tych ziemiach dworkach, "ale rewolucja wszystko zmiotła". (s. 68)

Język polski przetrwał przekazywany z pokolenia na pokolenie, niektórzy uczą się go dopiero dziś (lata 90., czas pisania reportaży), czytają polskie książki. Zachwyca fakt, jak ci ludzie znają Sienkiewicza. Czytanie Trylogii to dla nich uczta duchowa! Autorka jedzie szlakiem odnawianych, polskich kościołów, odwiedza polskie szkoły (a w zasadzie polskie klasy utworzone przy tamtejszych szkołach), swą relację ilustruje wieloma zdjęciami.
Tulczyn, niegdyś gniazdo Potockich. Pałac przetrwał i choć zniszczony - jak sama autorka dodaje - wciąż jest imponujący. Działa w Tulczynie związek Polaków, jest ich tu bardzo dużo, ich przodkowie służyli w majątku Potockich. 
Siedlar-Kołyszko przeprowadziła z tutejszym prezesem związku Polaków w Tulczynie długa rozmowę. To, co wyróżnia Tulczyn spośród innych ukraińskich miast (dawnego ZSRR) to fakt, że tam się nie kradnie! Złodziei nie ma. Dlaczego?

"Tulczyn to jest takie miasto, na które ta cholerna komuna najmniej oddziałała. Patrząc na piękno, które tu było przedtem, i porównując z tym, co oni wprowadzili, widziało się jasno różnicę. I ludzie są tu trochę inni - bardziej uczciwi, bardziej kulturalni i więcej trzymający się tradycji i dziesięciu przykazań, których, mimo wszystko, nie zapomnieliśmy." (s. 206)

Na końcowych kartach książki autorka cytuje fragmenty wydanego w Londynie "Pamiętnika Kijowskiego". Nieprzypadkowo wybrała taką lekturę na zakończenie swych rozważań i wizyt na Kresach. To właśnie w cytowanym Pamiętniku  znaleźć można słowa, których aktualność porusza i dziś. Zaborcy wiedzieli, że niszczenie Polaków jako Narodu możliwe jest przede wszystkim  wówczas, gdy zniszczy się poczucie ich związku z przeszłością.
Gdy przestaniemy pamiętać, gdy świadomość historyczna będzie znikoma "czym obroni się Naród, żeby tylko na XXI wiek, ale i na następne pozostać Narodem? - pyta autorka ". (s. 295)


poniedziałek, 29 września 2014

Nad Nidą... czyli zanim powstanie książka.

Póki pogoda sprzyja wybieram się w różne miejsca,  a szlak moich wędrówek podporządkowuję "piszącej się" książce. Zanim powstanie, zostanie ubrana w okładkę, zaistnieje w wersji drukowanej (mam taką nadzieję), musi najpierw zaistnieć w moich notatkach, fiszkach, karteluszkach, w komputerowym pliku, ale przede wszystkim w mojej głowie.
Śladów bohaterów trzeba szukać w różnych miejscach. W tym roku byłam już w cysterskim opactwie nad Odrą, na Cmentarzu Rakowickim, krakowskich pałacach, odnalazłam pałacowe ruiny w Porębie - Żegoty, teraz wreszcie planowana jeszcze na lipiec, a  zrealizowana ostatecznie dopiero wczoraj, wyprawa w świętokrzyskie. 
Płynie tu piękna rzeka Nida... Okolice malownicze, bogate w niewielkie wzniesienia, pola, lasy, przydrożne kapliczki, zabytkowe kościoły. Wczesna jesień pokolorowała już świat, który przybiera złoty kolor. Wkoło cisza i nitki babiego lata, które snuły się tu i ówdzie...


Nida w okolicach Wiślicy
W Czarkowach
Widok na kościół z cmentarza w Starym Korczynie
Takie widoki można podziwiać...




















Cmentarz wojenny w Czarkowach. Kamienna kolumna z rzeźbą orła z brązu. Niewielki cmentarz z pomnikiem powstał w 1928 roku, w czasie II wojny zniszczony przez czerwonoarmistów w 1945 roku. Odbudowany w 1992 roku, niedawno odnowiony. 

Na tym niewielkim, bardzo zadbanym, pięknie położonym cmentarzu spoczywają Legioniści Piłsudskiego, żołnierze Wojska Polskiego z 1939 roku i żołnierze Armii Krajowej.
Miejsce pamięci. 


Późnym popołudniem jeszcze chwilka na spacer  w pięknym uzdrowisku w Busku-Zdroju.
A potem już powrót do domu...


poniedziałek, 15 września 2014

Wrześniowy kolaż z Krakowa

Dziś trochę zdjęć z pięknego, wrześniowego Krakowa. Pojechałam "w sprawach", trochę pracy dokumentacyjnej do tworzącej się opowieści biograficznej, a potem trochę Krakowa.
Była też niespodzianka,  a jakże!



Zaskoczeniem było dla mnie odkrycie na Wawelu ... małej winnicy! Może nie powinnam się dziwić, tradycje winiarskie w okolicach Krakowa są duże, a i na samym Wawelu była winnica jeszcze  w XVI wieku.



niedziela, 14 września 2014

Czas nie stracony. Życie i dzieło Xawerego Pusłowskiego.

Przeczytałam niedawno piękną, niezwykłą książkę. Maria Rostworowska, autorka opisanej już przeze mnie Historii całkiem możliwej napisała także biografię Xawerego Pusłowskiego pt. "Czas nie stracony."
Bohaterowi tej historii dane było przeżyć 93 lata i to w czasach ogromnych przemian w Polsce i na świecie. Arystokrata z urodzenia, esteta, kolekcjoner, tłumacz, społecznik. Urodził się we Francji w 1875 roku, zmarł w 1968 roku w Krakowie. Rodzice - Zygmunt i Maria z Moszyńskich - mieli trzech synów. Miro popełnił samobójstwo, Nelo zginął w czasie pierwszej wojny światowej, trzeci - Xawery, żył bardzo długo, ale nigdy się nie ożenił. Rodzinne zbiory, wspaniałą kolekcję dzieł sztuki zapisał w większej części Uniwersytetowi Jagiellońskiemu.



Życie Pusłowskiego, bogate, pełne wyzwań, znajomości, kontaktów w sferach dyplomacji II Rzeczpospolitej, przyjaźni z artystami tej miary, co choćby Józef Mehoffer, Olga Boznańska, Jacek Malczewski ukazane zostało ciekawie, a książkę czyta się jak zajmującą opowieść. Zasługa tu na pewno znakomitego pióra Marii Rostworowskiej, która pisze z elegancją, dbając o język i dzięki temu odmalowując wspaniale dawny czas. 

Poznajemy Pusłowskiego jako wesołego młodzieńca, któremu nie obcy był snobizm, później zakochanego narzeczonego, który ostatecznie odtrącony przez niestałą w uczuciach pannę przeżył to tak głęboko, że już nigdy nie podjął próby oświadczyn. Pozostał w stanie wolnym.
Prowadził życie światowe, bogate, pływał jachtem po Morzu Śródziemnym zaproszony przez austriacką rodzinę cesarską. Był poddanym austriackim, w czasie I wojny światowej aresztowany przez Rosjan za pomoc legionistom Piłsudskiego, uwięziony w Arsenale, ostatecznie trafił do Moskwy.
Po wojnie i odzyskaniu niepodległości stał się postacią znaną i pożądaną w kołach dyplomatycznych, towarzyskich i artystycznych. Wraz z Paderewskim wyjechał na konferencję pokojową do Paryża. Potem przyjmował w Krakowie wizyty znanych i ważnych tamtych czasów. W 1923 roku organizował wizytę marszałka Focha, podejmował królową Rumunii Konstancję.
Do tego był czas na to, by zajmował się ogrodem i pisaniem wierszy. Bywał w Czarkowach, gdzie w czasie wojny spłonął doszczętnie podpalony przez Rosjan pałac wypełniony wspaniałymi zbiorami sztuki. Rezydował w krakowskim pałacu Pusłowskich, na dzisiejszej ulicy Westerplatte.

Pałac Pusłowskich odwiedziłam w lipcu tego roku


Po II wojnie światowej majątek w Czarkowach rozparcelowano, dom w Krakowie ostał się pełen skarbów, obrazów Matejki, miniatur, rzeźb, ale ich właściciel nie miał bieżących środków na utrzymanie. 
Został tłumaczem i nauczycielem, jakoś chciał odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jego krakowski dom był otwarty dla gości, odwiedzali go tłumnie studenci, w większości intelektualiści, ale zdarzały się odwiedziny złodziejaszków, którzy wiedzieli, że okraść starszego pana jest dość łatwo. A wychodząc można sobie zabrać coś na pamiątkę. 

Pusłowski stał na straży swej wielkiej kolekcji, drżał o nią w tych niepewnych i trudnych latach. W końcu postanowił dokonać zapis na rzecz Uniwersytetu Jagiellońskiego, któremu podarował dzieła sztuki i nieruchomość. Staremu człowiekowi pozostał jedynie jeden pokój i kuchnia.
Zmarł 8 lipca 1968 roku w swoim domu, pochowano go w rodzinnym grobowcu w Starym Korczynie, niedaleko Czarków.

Atutem tej pięknej książki jest także wydanie, to album, pełen fotografii w sepii, ale także wkładki na kredowym papierze, pełnej kolorowych zdjęć. Są tu fotografie pałacu Pusłowskich, a także portrety malowane przez Matejkę, Winterhaltera, Mehoffera, Boznańską.  Ostatnią część książki zajmują "Poezje wybrane z widokami Czarkowów i okolic" Xawerego Pusłowskiego.
Dla miłośników Krakowa oraz dla tych, którzy lubią czytać o życiu niezwykłych osób - pozycja warta uwagi. We wstępie Christopher Radko napisał o Pusłowskim:

"Jego życie rozciągało się od czasów krynolin po czasy mini-spódniczek i bikini. W ciągu prawie stulecia, pośród burzliwych przemian politycznych, ekonomicznych i społecznych, pomimo osobistych tragedii i wielkich strat emocjonalnych, Xaweremu udało się zachować własną mądrość."



sobota, 13 września 2014

Projekt - Kresy zaklęte w książkach

Wczoraj zadebiutował w blogosferze nowy blog - Kresy zaklęte w książkach. 
Wszystko dzięki inicjatywie i pomysłowi Kaye prowadzącej bloga Notatnik Kaye.


W Powitaniu (pierwszym otwierającym drzwi do kresowej krainy książek) poście nieprzypadkowo Kaye zamieściła piękne słowa Zofii Kossak- Szczuckiej z "Pożogi":

"Kresy…. Bogate, stare piękne słowo. Jest w nim obszar i przestrzenność, bezkres równin falujących, oddalenie od świata i wicher stepowy. Dla każdego z tamtej strony zawiera w sobie treść ojczystej ziemi, jej barwę, kształty i woń."
                                                                       /"Pożoga" Zofia Kossak-Szczucka/

Na blogu pojawią się recenzje książek o Kresach, niektóre z nich już zaistniały na blogach uczestników projektu. W tym miejscu mamy szansę stworzyć piękną kresową biblioteczkę, by zachować, przypomnieć, zatrzymać, by nie umknęło...

Blog jest w trakcie powstawania, życzę mu, by się rozwijał i wzbudzał zainteresowanie. Wiem, że grono osób kochających Kresy jest duże, może to miejsce będzie także miejscem naszych spotkań?
Do zobaczenia na literackich Kresach...


niedziela, 7 września 2014

Wrześniowym spacerkiem po Krakowie i jego okolicach...

Piękny dzień, słoneczny, ciepły, wrześniowy. Utkany dobrymi emocjami i odkryciami. Wycieczka do Krakowa, spacer po Cmentarzu Rakowickim. Nieprzypadkowo tam się dziś znalazłam. Szukałam bowiem miejsca, gdzie pochowana jest bohaterka mojej nowej opowieści, która obecnie "tworzy się". Znalazłam, a radość z odkrycia była tym większa, że nie spodziewałam się, że odkrycie będzie tak proste...
Pospacerowałam po Cmentarzu, który jest nie tylko jedną z najstarszych polskich nekropolii, ale także jedną z najpiękniejszych. Tu grobowce to dzieła sztuki, jedne zadbane, odrestaurowane, inne nadszarpnięte zębem czasu, ale nie mniej piękne.






Tu pochowano wspaniałego polskiego malarza Józefa Mehoffera.

Tu spoczywa Jan Matejko

Był też czas na spacer po Rynku, gdzie w jednej z księgarń na wystawie wypatrzyłam swoją książkę "Księżna Dominikowa".



W drodze powrotnej do domu miły przystanek w Jerzmanowicach, czas na posiłek i oglądanie widoków.