Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 października 2016

Medium Joanny Dobkowskiej

O tym, że powieść Joanny Dobkowskiej "Medium" to dobra książka, niech świadczy fakt, że taki czytelnik jak ja, czyli absolutnie niezainteresowany duchami i tak zwanymi siłami nadprzyrodzonymi, czytał książkę z wielkim zainteresowaniem. Przez kilka wieczorów z przyjemnością wracałam do lektury i "wchodziłam" w świat małego nadmorskiego kurortu, przyglądając się perypetiom Ilzydy.


Cóż my tu mamy? Po pierwsze źle (jak na tamte czasy,  a mamy rok 1913) urodzoną bohaterkę, której matka jest kokotą, a ilość zmieniających się u jej boku wielbicieli płacących za jej mieszkanie i wygody jest doprawdy imponująca. 
Matka podająca się za hrabinę von Taffel tak naprawdę urodziła się pod Częstochową i nazywa się Tąfel. 
Córka, której nie potrafi kochać, oddana została na edukację do klasztornej pensji. "Hrabina "rozpoczyna spirytystyczne występy, dobiera sobie arystokratyczny tytuł, gdyż to o wiele lepiej brzmi,  a przecież chce uchodzić za osobę wyjątkową, słynne medium.
Córka, która ma opinię (według matki) "nadętej świętoszki, pedantki (...) przemądrzałej krytykantki" chce  wyrwać się ze świata zepsucia uosabianego przez matkę.  Wychodzi więc za mąż. Niestety, fatalnie. Mąż zapewnia jej dobre warunki życia, ale to tylko fasada. Z czasem wychodzą na jaw skłonności męża, który nie widzi nic złego w zasiadaniu do stołu we własnym mieszkaniu z przyjacielem-kochankiem i ... żoną-nie żoną. 
Gdy Ilzyda opuściła męża utrzymywała się z bycia damą klasową, mieszkała w nędznym pokoiku, a jej życie było nieciekawe i biedne. 

Tymczasem w nadmorskim kurorcie umiera jej matka, w pensjonacie z wieżyczką położonym tuż przy plaży. Pensjonat stoi pusty, zapomniany i chylący się ku ruinie. Cieszy się też niedobrą sławą domu, w którym straszy.

Gdy Ilzyda przekracza próg pensjonatu czytelnik może domyślać się, że zapewne zostanie tam na dłużej... Co kryją mury starego domu, dlaczego słychać w nim krzyki, jak potoczy się życie "starzejącej się" wedle ówczesnych norm (Ilzyda jest po trzydziestce!) kobiety? 
Te pytania trzymają nas przy lekturze książki.
Nie ma tu wartkiej akcji, szalonych przygód czy wielkiej miłości. Niemniej Joanna Dobkowska snuje swą opowieść o domu z duchami i osobach, które są z  nim nierozerwalnie związane w bardzo ciekawy sposób. Bogactwo języka, sprawne operowanie słowem, umiejętne budowanie nastroju tworzą klimat tej książki. Opisy są tak plastyczne, że może się wydawać, że spacerujemy po plaży i widzimy stary dom z wieżyczką. Z łatwością przenosimy się do nadmorskiej miejscowości sprzed 100 lat.
Myślę, że to właśnie bardzo trafne oddanie klimatu tamtych czasów, ciekawie zarysowana postać bohaterki, jej lęki, postawa, myśli, rozterki nadają tej książce wartość interesującej powieści retro z duchami w tle.



Joanna Dobkowska: Medium, Wydawnictwo Arkady, 2016 r.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Zofia Kossak "Ku swoim"

"Aleja wiodła pod górę do miejsca, gdzie niegdyś stał dwór. Białe jego ściany błyszczące wśród ciemnej zieleni drzew, odbijały się zapewne w wodzie pięknie jak w zwierciadle; dziś jednak na wzgórzu miast dworu sterczało tylko bezkształtne rumowisko gruzów, parę okopconych ścian, świecących dziurami okien, i dwa obdarte kominy..."

Zacytowany fragment rozdziału pierwszego wprowadza nas w świat, który niegdyś istniał na Kresach. Świat polskich dworów.
Akcja powieści rozgrywa się już po pogromie, zniszczeniu szlacheckiej siedziby, zamordowaniu właściciela i wygnaniu jego rodziny - żony wraz z trójką dzieci.  Po 10 latach od wydania pamiętnej "Pożogi" Zofia Kossak ponownie wróciła na Kresy. To był oczywiście literacki powrót.

Powieść dla młodzieży "Ku swoim" Zofia Kossak wydała w 1931 roku. W latach powojennych powieść - podobnie jak reszta książek pisarki - została przez cenzurę objęta całkowitym zakazem. O książce zapomniano...
Po ponad 70 latach  książka ma szanse zdobyć ponownie czytelników wydana nakładem Wydawnictwa LTW.




"Ku swoim" opisuje życie sowieckiej Rosji. Od rewolucji minęło 8 lat. Pani z białego szlacheckiego dworu - Maria Turska - żyje w biedzie w nędznej chacie we wsi Kosobówka. Niegdyś w chacie mieszkała rodzina Mykołów, ale wszyscy zmarli na tyfus, wygnanka z dworu tam znalazła wraz z dziećmi schronienie. Utrzymywała się z szycia, ale także mądrych porad pielęgniarskich. Zyskała szacunek, a rok po "przeprowadzce" z dworu do chaty gospodarze podarowali jej krowę. Była to krowa z jej własnej dawnej hodowli. W tych nowych, tragicznych czasach miała wyjątkowe znaczenie, gdyż stanowiła prawdziwe dobrodziejstwo.

Główna bohaterka wie, że jeśli dłużej zostanie w sowieckiej Rosji jej dzieci zostaną wynarodowione. System działa bezdusznie i sprawnie. 
Pisarka nie szczędzi scen ukazujących codzienne życie w sowieckiej wsi. Kolejki w kooperatywie (spółdzielni), gdzie można było kupić - jeśli starczyło - świece, cukier, pończochy. Pończochy stawały się towarem luksusowym, gdy przychodził transport, szybko się rozchodziły, bo żony komisarzy szybko rozdysponowały je miedzy sobą. W kolejce trzeba było stać karnie, najlepiej cicho, nie pytać, bo to mogło być uznane za burżuazyjne wybrzydzanie i kończyło się nieżyczliwością i drwinami. 
Uprzejmość, dobre wychowanie uznawane były za "burżuazyjne" przeżytki. Gdy starszy syn Marii Turskiej - Włodek, wrócił do domu z Komsomołu na wieczerzę usiadł ciężko za stołem. Rozwalony, mlaskał, jadł byle jak. Matka zganiła go. Zapytała dlaczego tak siedzi, dlaczego tak je, przecież to brzydkie nawyki, cywilizowani ludzie tak nie siedzą, w taki sposób nie jedzą. 
Syn, jeszcze kilka lat temu, panicz ze dworu, teraz członek Stowarzyszenia Komunistycznej Młodzieży stwierdził, że tak jedzą wszyscy, a uwagi matki go nie obchodzą.
Ta krótka wymiana zdań jest bardzo znamienna. Pokazuje rodzenie i utrwalanie bylejakości, wkradanie się jej do codziennego życia, zastępowanie kultury prostactwem i arogancją. 

Jak się wyrwać z beznadziei? Z szarego życia, bez nadziei na zmianę, z urągającej biedy. Starszy syn ulega już sowieckiej propagandzie, młodszy bawi się w ruinach swego dawnego domu, pływa po stawie, gdzie niegdyś utopiono stojący we dworze fortepian i stare zegary. Jaki los czeka córkę, która pójdzie do sowieckiej szkoły?
Z pomocą przychodzi stara służąca, która z pogromu uratowała brylanty pani i schowała w zakamarkach ruin dworu. 
Brylanty odmieniają los rodziny. Pani Turska podejmuje ryzykowną drogę "ku swoim", do Polski.
Droga pełna niebezpieczeństw zakończyła się  w strażnicy Korpusu Ochrony Pogranicza, gdzie na "ścianie bielał i stroszył się orzeł na czerwonej tarczy i uchodźcy przywarli oczami do tej świętości z niedowierzającym radosnym zdumieniem ". Wówczas to najmłodszy syn Janek zapytał matkę:


"- Ale wrócimy tam kiedyś, mamusiu? Obiecałem Sydorowi...
Matka uśmiechnęła się do niego przez łzy."

***

Tak kończy się książka Zofii Kossak. 
To jednak nie koniec tego wydania. Przed nami jeszcze posłowie (przyznam się, że przeczytałam jako pierwsze!) pióra Krystyny Heskiej-Kwaśniewicz.
Posłowie przybliża postać Zofii Kossak, ale przede wszystkim stanowi analizę utworu pisarki. 
Całość kończy nota edytorska zwracająca uwagę czytelnika na fakt, że w wydaniu niniejszym dokonano modernizacji pisowni według najnowszych zasad.

Dlaczego warto przeczytać powieść Zofii Kossak? Posłużę się słowami z posłowia Krystyny Heskiej-Kwaśniewicz, która pisze "Ku swoim - bardzo wartościowa poznawczo i artystycznie, z wartką, niemal sensacyjną fabułą i napisana z pasją, po prostu fascynująca..."




wtorek, 26 sierpnia 2014

Książki i ja, czyli o moich skarbach.

W czasie wakacji na blogu Guciamal, a potem także na kilku innych (książkowiec, kaye) można było poczytać bardzo ciekawe posty dotyczące książek, a ściślej naszej osobistej, ukochanej biblioteczki. Naszej, bo domowej.
Wakacje się kończą, sądząc po aurze za oknem mamy już jesień, więc w tych ostatnich dniach sierpnia i ja do zabawy jeszcze dołączę.  Znalazłam trochę czasu na sfotografowanie fragmentów mojej biblioteczki, więc oto Ona.


Ostała się jeszcze jedna półeczka z porcelaną...
Jej los jest jednak przesądzony!
Książki stoją w dwóch rzędach, czego na zdjęciu
oczywiście nie widać.

MOJA BIBLIOTEKA i odpowiedzi na kilka pytań...


Jak powstała twoja biblioteka?

Część książek "od zawsze" była w domu. Sporo kupowała moja Mama,  a potem, gdy i ja połknęłam książkowego bakcyla zaczęłam tworzyć własną bibliotekę. Książki historyczne, biografie, pamiętniki, albumy o sztuce to jej trzon. Jest także trochę "odziedziczonej"  beletrystyki. 

Na zdjęciach przedstawiam jedynie to, co mieści się w jednym pokoju, gdzie znajduje się moje "centrum dowodzenia". Naprzeciw biblioteczki mam wygodny duży stół, laptop, krzesła pełne książek, segregatorów i notatek. Tu piszę, czytam i spędzam najwięcej czasu.




Czy jest jakiś ład w twojej bibliotece? 
Żadnego. Niemniej z dokładnością mogę wskazać, gdzie mam jaki tytuł. 




Ile wydajesz miesięcznie na książki? 

Zbyt wiele...



Czy pożyczasz swoje książki? 

Nie lubię pożyczać książek i w zasadzie tego nie robię. Książki albo potem nie wracają albo wracają, ale już jakieś inne, odmienione, nie takie... Od razu widzę każde zagięcie kartki, rysę na okładce... To taka mała fobia:)




Czy masz emocjonalny stosunek do książek? 
Oczywiście! To moi domownicy. 


Czy robisz notatki w książkach (bazgrzesz, piszesz, zaginasz rogi)? 
W niektórych robię notatki ołówkiem, zaznaczam coś na marginesach, niekiedy przyklejam samoprzylepne, kolorowe karteczki. Dotyczy to tylko tych książek, które wykorzystuję podczas pisania swoich własnych.


Jak szybko czytasz?
Chyba szybko, gdy coś mnie interesuje nie ma siły, by mnie od książki odciągnąć. 

Fragment półki z albumami. Jest na dolnym
regale ze względu na wagę...
Czy wracasz do książek raz przeczytanych? 
Do pamiętników i listów wracam często, poszukując informacji. Jeśli chodzi o beletrystykę to mam trzy tytuły, które czytam od zawsze i to po wielokroć:  Anna Karenina Tołstoja, Lalka Prusa i Łuk Triumfalny Remarque'a.



Ile piszesz dziennie?
Piszę dużo, niekiedy codziennie, potem przerwa. Bywa tak, że nie piszę, bo to nie mój dzień lub po prostu trzeba popracować zawodowo. A potem przychodzi wena... i tak powstają książki.

***

Na koniec fragment półeczki, gdzie trzymam Swoje Książki w liczbie 7. 



"Gdy ktoś czyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym co mu dolega, albo zaśnie - w każdym razie – wygra."

/Henryk Sienkiewicz/


poniedziałek, 9 września 2013

"Jezioro szczęścia", czyli dlaczego pojechałabym do Moses Lake?

W piątek i sobotę czytałam "Jezioro szczęścia" Lisy Wingate. Jak już pisałam książka trafiła do mnie jako nagroda w konkursie organizowanym przez Montgomerry. 
Spędziłam naprawdę miłe chwile nad książką, która okazała się nie tylko ciekawie opowiedzianą historią, nie tylko romansem, ale także zadziwiająco celną w swych spostrzeżeniach pozycją o życiu, dorastaniu, o trudnych relacjach z rodzicami.
To właśnie rodzic swymi nakazami lub wiarą w nas kształtuje to, czy kiedyś, w dorosłym życiu będziemy odważni czy raczej pasywni. Czy starczy nam determinacji, by coś zmienić? Czy ważne będzie nasze szczęście, chwila fantazji, czy też to, co powiedzą o nas sąsiedzi?


Wydawca napisał o książce:
"Andrea Henderson przeżyła koszmarny rok. Przeprowadzając się do Moses Lake, ani myśli o szukaniu przygód. Z synem u boku postanawia rozpocząć nowe życie. Ma nadzieję, że praca, która (jak słyszała) odmienia losy innych, jej samej przywróci wiarę w siebie, pomoże odnaleźć cel i ukojenie.
Dla nowo mianowanego strażnika leśnego Marta McClendona szukanie celu jest sprawą drugorzędną. Przyjął tę pracę, by uciec z południowo-zachodniego Teksasu, jak najdalej od natrętnych wspomnień tragedii, której nie może sobie wybaczyć.
Gdy w towarzystwie miejscowego odludka pojawia się dziewczynka, losy Marta i Andrei splatają się.
Dzięki dziewczynce mają szansę odnaleźć nadzieję i spełnienie, ale i zbliżyć się do siebie bardziej, niż kiedykolwiek zakładali..."



Andrea to 38 -letnia kobieta, tzw. dziewczyna z dobrego domu. Stosuję specjalnie to określenie, bo jej wychowanie miało zasadniczy wpływ na podejmowane decyzje. Strofowana przez rodziców, którzy zawsze wiedzieli lepiej, żyła w świecie nakazów i zakazów.  Gdy zdobyła się na odwagę, by zacząć wszystko od nowa, zahamowania które w sobie nosi nie dają jej tak do końca rozwinąć skrzydeł. Czasem czuje się nudziarą, kobietą, która nie potrafi tak naprawdę być wolna. Jej nieporadność (scena pierwszej jazdy łodzią z Martem) wynika z faktu, że zawsze chciała (musiała?) być na miejscu, zawsze w ramach, zawsze z wyprasowanym kołnierzykiem.
To nie jest oczywiście złe, ale do końca nie jest też zupełnie dobre.
Wątek romansowy - ciekawy, poprowadzony subtelnie, bez żadnych "seksownych" kawałków jest też jedną z osi tej książki. No cóż, męski bohater jest niczym Robin Hood, silny, zaradny, przystojny. Facet-marzenie. 
Nie mam nic przeciwko romansom w literaturze pod warunkiem, że przedstawione są jako umiejętna analiza psychiki bohaterów, ich przemyśleń, zahamowań, wątpliwości. Tu to znalazłam.
Mieszkańcy malutkiego miasteczka Moses Lake w Teksasie to ludzie żyjący innym tempem, wolnym. Wszyscy się tu znają, atmosfera jest nieco senna, ale przyjazna. 
Polubiłam bohaterów i samo miasteczko Moses Lake także. Mogłabym się tam wybrać, zajrzałabym do miejscowego baru "Przynęta", obejrzała jezioro i skały. A gdybym spotkała strażnika leśnego Marta McClendona chętnie wybrałabym się na przejażdżkę po jeziorze. Czemu nie?

wtorek, 9 lipca 2013

O młodzieńcu, sztuce, Muzeum Czartoryskich i "Bezcennym"...

Kraków - Muzeum Czartoryskich. Wciąż w remoncie. Niedostępne. Zbiory w różnych miejscach czekają na wielkie otwarcie. Dama z gronostajem jest na Wawelu, część innych w Niepołomicach,  Puławach, magazynach.
Do Muzeum tego miałam zawsze ogromny sentyment, zawsze lubiłam je za kameralność, urok  staroświeckiego przybytku sztuki, skrzypiące parkiety. Obawiam się , czy teraz w ramach równania standardów europejskich nie zobaczę jeszcze jednego muzeum wykostkowanego,  wypłytkowanego,  z nowoczesną fontanną na dziedzińcu, takiego jakich na świecie wiele.
Na szczęście na ścianach będą dzieła niepowtarzalne, poza najsłynniejszą w Polsce damą, pusta rama po obrazie Rafalea "Portret młodzieńca" z 1514 roku.


Rafael "Portret młodzieńca" 
Zdjęcie ze strony 
http://kolekcje.mkidn.gov.pl/katalog/podglad?ID=3095
(Lista strat wojennych na stronie 

Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego)


Obraz znajduje się od II wojny na liście strat wojennych Polski. Od lat w internecie pośród innych zabytków zaginionych, a najczęściej po prostu zrabowanych. 
Przypomina o tym książka Zygmunta Miłoszewskiego "Bezcenny". Kupiłam ją tylko z jednego powodu - od lat interesuję się losami polskiej sztuki i chciałam zobaczyć, co ma do powiedzenia na ten temat  literatura popularna "bestsellerowego autora" - jak informuje napis na okładce.



Przede wszystkim spodobało mi się podejście autora do swej pracy. "Bezcenny" to powieść. Fikcja. Zgrabne zmyślenie, zapewne niedługo będzie sfilmowane. Temat chwytliwy, historia ciekawie ujęta. Miłoszewski w posłowiu - mając świadomość wagi tematu, który poruszył - przeprasza za błędy celowe i nieświadome, ale przede wszystkim odsyła do publikacji fachowych, które od lat pojawiają się na rynku książki i prasy (np. "Cenne, Bezcenne, Utracone"). 
Autor musiał długo przygotowywać się do napisania książki. Tu potrzebna jest wiedza i o sztuce, o rynku antykwarycznym, a nawet o broni jakiej używa się w NATO. Napisanie takiej książki i zebranie materiałów do niej zajęły sporo czasu, o czym autor wspomina w posłowiu. Ten wysiłek  Miłoszewskiego widać. 

Pierwszy rozdział mnie zmęczył, ale od drugiego zaczyna się wciągająca historia, którą czytało się bardzo dobrze.  Miłoszewski pisze w sposób inteligentny, czasem błyskotliwy, bezceremonialnie traktuje naszych polityków, których nie wymienia z nazwiska,  ale trudno nie poczuć, o kim pisze. Z nieukrywanym uśmiechem czytałam o ignorancji władzy, zwyczajnym braku kultury naszych elit, czyli tego, co wynosi się z domu lub ... nie wynosi.
Pogonie, strzelaniny, ucieczki, kamery termowizyjne, rezydencje milionerów, podróże przez kontynenty, zgrabne dialogi i wreszcie ... wielka sztuka. 
Z tego i z innych elementów składa się ta książka - doskonała na wakacyjny czas!
Teraz już wiem, że kolejną książkę Miłoszewskiego także kupię i z chęcią obejrzę w kinie film, który na kanwie tej książki zapewne powstanie. 


                                                                            *****

Czy doczekamy kiedyś chwili, że ten cenny obraz powróci do Muzeum w Krakowie, które cały czas na niego czeka?  A gdzie jest dziś?
Pamiętam jedną z ostatnich scen filmu J.Machulskiego "Vinci" o kradzieży "Damy z gronostajem". Jeden z milionerów-kolekcjonerów wchodzi do swego małego pomieszczenia-sejfu, owej "kapliczki" jak mawiał Cuma i ogląda sobie swoje arcydzieła. Jest tam Dama (już wówczas wie, że to kopia) a zaraz za nią pojawia się ... "Portret młodzieńca" Rafaela.

No cóż... Muzeum Czartoryskich wkrótce otworzy swe podwoje po wielkim remoncie. Miejsce "Wielkiego Nieobecnego" mam nadzieję, że będzie odpowiednio wyeksponowane.


wtorek, 4 czerwca 2013

Zapowiedzi, czyli na co czekam w czerwcu?

W zasadzie trzon moich lektur to książki starsze, by nie użyć słowa stare, w sensie oczywiście pozytywnym, wydane wiele lat temu. Do nowości podchodzę ostrożnie, w zasadzie kupuję jedynie książki historyczne. 
Literatura piękna zaczyna i kończy się u mnie na klasykach, choć czasem, kilka razy w roku, robię wyjątki i czytam coś autorów żyjących. Z rożnym skutkiem... Czasem ulegam impulsowi w księgarni (przeważnie na wakacjach) i kupuję nowość, bestseller i ... polegam stłamszona formą, językiem, przez który przejść często nie potrafię. 
Nie wiem, czy wydaje mi się, czy też jesteśmy zalani produktami literaturopodobnymi w lśniących okładkach? Książkami, które można ostatecznie przeczytać w sobotnie, deszczowe popołudnie, ale których wcale nie chce się mieć na półkach. Bo po co? 
Takie nasunęły mi się myśli czerwcowe, chyba podszyte tą szarą, mokrą aurą. Trochę pesymistyczne?

Na co czekam teraz? Kilka propozycji przedstawiam poniżej.

Książka oczekiwana ze względu na temat - losy bezcennego, zaginionego w czasie wojny, a wcześniej zrabowanego przez nazistów "Portretu młodzieńca"  Rafaela. 
Poświęciłam kiedyś sporo czasu na przeczytanie wszystkiego, co wpadło mi na ten temat w ręce.
Zobaczymy... jak poradził sobie z tematem pan Miłoszewski. 
Według zapowiedzi wydawcy:
"Bezcenny to międzynarodowy thriller łączący najlepsze cechy prozy Dana Browna, Arturo Perez-Reverte i Umberto Eco."


" Bezcenny to pełne błyskotliwej erudycji kompendium wiedzy o sekretach historii sztuki. O genialnych artystach, o szalonych kolekcjonerach, o chciwych marszandach, o wielkiej grabieży z czasów okupacji, a także o szwindlu, jakim jest dzisiejszy rynek sztuki."

"Bezcenny to także komentarz do rzeczywistości w ironicznym, prześmiewczym i bezkompromisowym stylu, do którego przyzwyczaił nas autor Uwikłania i Ziarna prawdy."

Czekam... w końcu czerwca przekonam się, czy moje czekanie było tego warte.


Książka o mieście, do którego jeszcze nie pojechalam, a które jest na mojej liście "zobaczyć, koniecznie!".
Marek Koprowski "Wilno. Historia, ludzie, tradycje"

Wydawca pisze:
"Wilno pełne wspaniałych zabytków i uroczych zakątków leżało niegdyś w polskich granicach. Zapewne dlatego tak żywa jest dla nas ciągle jego historia. Prezentowana książka to zajmująca opowieść o początkach miasta i jego burzliwej historii napisana przez znawcę tematyki kresowej o wileńskich korzeniach. Interesująca narracja, zawierająca także ciekawostki z życia codziennego, ubogacona została licznymi archiwaliami."




Ryszard Kapuściński "Autoportret Reportera".
Pierwsze wydanie tej książki ukazało się 10 lat temu.
Kapuściński jest dla mnie Mistrzem słowa. Mądry człowiek, podróżnik. Dziennikarz, Reporter, Pisarz.
Wielkie litery stawiam nieprzypadkowo.

Dla mnie niedościgły wzór. Taka umiejętność dostrzegania świata, komentowania, widzenia znaczeń i symboli  dana jest nielicznym. 
Najlepszy z najlepszych.

piątek, 31 maja 2013

Lektury z dzieciństwa

Po wizycie na blogu Ala czyta i przypomnieniu sobie pięknej książeczki "Przez różową szybkę" E. Szelburg Zarembiny, odkurzyłam i moje dziecięce lektury. Powędrowałam sobie w świat, do którego już dawno nie zaglądałam.
By przypomnieć sobie moje "skarby z dzieciństwa" konieczna była wizyta z tzw. budynku gospodarczym, gdyż tam w starych meblach, za szybkami znajduje się część mojej biblioteczki. Stamtąd wydobyłam kilka książek, które do dziś z sentymentem przechowuję. Książki z czasów mojego dzieciństwa i dorastania. Wydawane przez znane oficyny: Naszą Księgarnię, Czytelnika, Śląsk, Ludową Spółdzielnię Wydawniczą...
To były moje pierwsze lektury, literackie oczarowania, spotkania z książką, pięknem ilustracji Jana Marcina Szancera.

Helena Bechlerowa "Za złotą bramą"
Wydana w 1977 r.
Przepiękne ilustracje Szancera wprowadzały w klimat baśni, tajemnicy, starego domu, Różowej Amelii odjeżdżającej w karocy...












Jan Brzechwa "Sto bajek" ( 1963 r)
Książkę odziedziczyłam po siostrze. Wiele z bajek umiałam niegdyś na pamięć. 
"W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie..."
"Konik polny z bożą krówką poszli raz ku Kalatówkom..."
Również "odziedziczona" książka 
Wojciecha Żukrowskiego "Porwanie w Tiuturlistanie" (1968 r).
Wszyscy to wówczas czytali...

Maria Krüger "Złota korona" (1976 r.)
Pierwsze spotkania z historią Polski. Najbardziej pamiętam opowiadanie "Bajka o królewnie" - to historia Marii Leszczyńskiej, a raczej tylko jej fragment. Maruchna, bo tak autorka o niej pisze, dowiaduje się, że zostanie królową Francji.

E.H.Porter "Pollynaaa" (1971 r.)
Któż nie znał wówczas jej historii?





Ewa Nowacka "Małgosia contra Małgosia" (1975 r.)
Halina Rudnicka "Chłopcy ze Starówki" (1971 r.)
A.Gajdar "Timur i jego drużyna" (1971 r.)
H. Ożogowska "Tajemnica zielonej pieczęci" (1983 r.)


Niezapomniana  seria Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego.
Czytałam z wypiekami na twarzy...




Wśród książek z czasów mojego dzieciństwa  znalazło się jeszcze wiele innych tytułów. Pamiętam  wielokrotnie czytaną, niestety nieodnalezioną w moich zbiorach (co się z nią stało?) "Godzinę pąsowej róży"Marii Krüger .
I wiele, wiele innych...

niedziela, 10 marca 2013

Kamienne tablice

Lubię powroty do książek starszych, kiedyś czytanych, nieco zapomnianych. Tak stało się niedawno, gdy wieczorem okazało się (a mam zwyczaj czytania przed snem), że czas sięgnąć po kolejną książkę. W mojej biblioteczce na jednej z półek od zawsze stoją "Kamienne tablice" Wojciecha Żukrowskiego. Dwutomowe wydanie z 1966 roku. 
Czytałam raz, dawno temu. Nie zawiodłam się wznawiając po latach lekturę. Początek nieco mnie znużył,  ale im dalej, tym było już lepiej.
Indie, lata 50. XX wieku. On jest węgierskim dyplomatą, ona australijską lekarką. To nie jest banalna opowieść o miłości. To piękny opis emocji, psychologicznych niuansów rodzącego się, potem trwającego i dramatycznie zerwanego uczucia. Indie nie są tu jedynie efektowną, egzotyczną dekoracją (choć nieraz można tak poczuć), to kolejny bohater.

`
Takich książek nie wymyśla się czekając na natchnienie  pod lipą lub na kanapie. Sięgnęłam do   życiorysu Żukrowskiego. Bogaty.
Oficer AK, potem LWP, bezpartyjny poseł na sejm. Człowiek, który w 1981 roku poparł gen. Jaruzelskiego, przyjaciel papieża Jana Pawła II, z którym pracował razem w kamieniołomie Solvay.

Opis ze skrzydełka książki
Szukałam jednak w jego życiorysie innej informacji. I potwierdziłam swoje przypuszczenia. W latach 50. był radcą ambasady w New Delhi w Indiach...

W Polsce książka odniosła swego czasu ogromny sukces, nakręcono nawet film (niebędący wierną adaptacją), który pamiętam jak przez mgłę.            W rolach głównych wystąpili  Krzysztof Chamiec i Laura Łącz. 

To, co mnie w tej książce zauroczyło, to piękny język, to umiejętność opisu emocji bohaterów. To np. pełen subtelności i wyzbyty banałów opis fizycznego zespolenia bohaterów. Jak wielu pisarzy ma z tym problem, jak w wielu książkach tego rodzaju opisy są po prostu nieporadne lub (co o wiele łatwiejsze) po prostu wulgarne.
U Żukrowskiego słowa płyną, czasem przeradzając się w metaforę, ale rzadko, by nie wpaść w niepotrzebne egzaltacje.
Autorowi zarzucano polityczne sympatie, w latach 80. zwracano mu książki w ramach protestu. Nie można odmówić mu jednak jednego, dla pisarza najważniejszego - TALENTU.

Nie wiem, kiedy było ostatnie wznowienie tej książki. Wiem natomiast, że w 2012 roku wydano "Kamienne tablice"  w wersji   E-book.


piątek, 21 grudnia 2012

Książki, do których wracam

Są książki, które zajmują szczególne "szufladki" w naszym sercu. Książki wyjątkowe, stojące na zaszczytnym miejscu w biblioteczce, bez których nasza wiedza i wrażliwość nie byłyby już takie same.
Książki, które kiedyś nas oczarowały, które pokochaliśmy.
Ale nie sztuka jest pokochać, sztuka jest w miłości wytrwać.
Dlatego choć od pierwszego czytania minęło czasem wiele, wiele lat, są tytuły, które wciąż wzruszają, do których zawsze powaracam.
Oto niektóre z nich...

Erich Maria Remarque "Łuk Triumfalny" - powieść, która do dziś mnie intryguje, budząc te same emocje co kilkanaście lat temu.

Antoine de Saint-Exupéry "Mały Książę" - szkoda, że jej ogromna popularność spowodowała, że aforyzmy z tej krótkiej opowiastki można spotkać wszędzie.
Mimo wszystko wciąż kocham Małego Księcia.


"Lalka" Bolesława Prusa - czy ktoś pisał jeszcze o miłości w polskiej literaturze właśnie tak jak ten niepozorny pan w okularach? Oczywiście to subiektywne, ale ja do dziś pozostaję pod urokiem tej niezwykłej prozy. Może też i dlatego, że lubię wiek XIX, szczególnie jego II połowę. "Lalka" jest dla mnie jedną z najważniejszych książek w polskiej literaturze.


Są książki, do ktorych uwielbiam zaglądać, otworzyć na jakiejś przypadkowej stronie i poczytać, obejrzeć, po raz kolejny... Jest ich wiele, a jedną z nich jest książka "O modach i strojach" Małgorzaty Możdżyńskiej-Nawotki. Pięknie wydana przez Wydawnictwo Dolnośląskie w znanym cyklu "A to Polska właśnie".
Stroje, gorsety, koronki, buciki, peruki, kokardy, zakładki, fraki, meloniki...

Ilość albumów, które przeglądam z upodobaniem, a które zalegają dolne półki w mojej biblioteczce (dolne, bo jednak waga tych książek powoduje już odkształcenia w półkach!) jest niezliczona.
Ale mam swoje ulubione pośród ulubionych.



* "Kozłówka"-  album wydany w 2002 roku przez Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, zakupiony w muzealnej księgarni kilka lat temu...
Jedna z najpiękniejszych i najcenniejszych rezydencji pałacowych w Polsce.

* "Franz Xaver Winterhalter et les cours d’Europe de 1830 a 1870."
 Musee du Petit Palais 12 fevrier – 7 mai 1988, Paris 1988.
Unikalny album, który kupiłam na początku lat 90. w księgarni paryskiego Luwru, jeszcze we frankach... Wydanie niezwykle staranne, prezentujące portrety jednego z najsłynniejszych portrecistów XIX stulecia. Ilustracje przepiękne, opisy w języku francuskim.
244 strony piękna.

* "Kraków" w zdjęciach Adama Bujaka, tekst Michała Rożka. Wydanie z 1989 roku, jedno z pierwszych tak starannie wydanych. Zdjęcia pełne czaru i magii, mimo że Kraków jeszcze nie był w tamtych czasach tak pięknie odnowiony jak dziś. Ale i ta patyna wieków miała swój urok.

Opowieść o ulubionych książkach można ciągnąć dalej...
Jest tu też klasyka rosyjska - Tołstoj, Czechow, są biografie, o których napiszę kiedyś osobny post, są wydania pamiętników, listów...
Jest tego w końcu cała, spora biblioteczka, a nawet więcej - dom pełen książek.