Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albumy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albumy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 marca 2017

Malarstwo polskie XIX wieku

Katalog, w zasadzie album, wydany przez Muzeum Romantyzmu w Opinogórze to bardzo ciekawa propozycja wydawnicza dla wszystkich, którym polska sztuka jest bliska, bo poszukują jej w muzeach czy "kolekcjonują" kupując odpowiednie albumy.
Wydany w 2016 roku katalog, którego pełny tytuł brzmi "Malarstwo polskie XIX wieku. Wystawa stała w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze" zabiera nas w podróż po pięknej galerii wypełnionej prawie 70 dziełami m.in. Blanka, Brodowskiego, Grottgera, Michałowskiego, Matejki, Malczewskiego, Suchodolskiego, Rodakowskiego i wielu innych.



Wystawa prezentowana jest we dworze w Opinogórze w sześciu salach i przybliża dzieła malarskie będące własnością Muzeum Romantyzmu, ale także depozyty z innych muzeów np. Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Narodowego w Krakowie czy Muzeum Sztuki w Łodzi. Katalog-przewodnik przybliża nam nie tylko obrazy, o różnorodnej tematyce, ale także artystów-malarzy, czasem także możemy przeczytać kilka słów dotyczących samego obrazu lub portretowanej osoby.     

IV strona okładki

Album można traktować jako ciekawą podróż po scenach polowań, krajobrazów, scen rodzajowych, martwych natur, bitew. Są też nimfy wodne, szwoleżerowie, autoportrety, Madonna z dzieciątkiem. 
Mnie ujęły najbardziej piękne portrety sióstr Branickich, Zofii i Katarzyny, Napoleon przed dworem w Smorgoniach Zygmunta Rozwadowskiego, znany portret żony poety Zofii Fredrowej otulonej perłami i czerwonym szalem, ale przede wszystkim portret przystojnego szwoleżera Jana Leona Kozietulskiego.

Strona 20-21 albumu i znany portret Antoniego Brodowskiego przedstawiający
Jana Kozietulskiego.
Z racji własnych prac badawczo-pisarskich mój sentyment do obrazu i szwoleżera
nie ustępuje od wielu, wielu miesięcy...

Redakcja katalogu: Roman Kochanowicz, Leszek Nowaliński, Magdalena Bral.
Współpraca: Beata Woźniak.
Książka zawiera 127 stron, słowo wstępne, spis treści; oprawa twarda.
Na okładce wykorzystano obraz Chrystiana Breslauera, pejzażysty z niemieckiej rodziny osiadłego na ziemiach polskich,  pt." Krajobraz z jeziorem i kościołem gotyckim" z 1863 roku.




piątek, 13 stycznia 2017

Napoleon i Sztuka, czyli całkiem luźne rozważania na temat tego, dlaczego uwielbiam albumy...

To nie będzie recenzja. Jednak chciałam napisać o tej pięknej i wartościowej książce, w zasadzie katalogu-albumie, który poprzedziła wystawa na Zamku Królewskim w Warszawie.
Co my tu mamy? Mamy jedną z najbardziej malowniczych i niezwykłych epok w dziejach Europy. Można Napoleona nie znosić, można go pewnie podziwiać, nie można jednak zaprzeczyć, że zmieniał nie tylko granice Europy, ale miał także wpływ na obyczaje i jak się okazuje także sztukę.
W 2015 roku zorganizowano polsko-francuską wystawę "Napoleon i Sztuka", która była prezentowana w pałacu w Compiègne, a potem na Zamku Królewskim w Warszawie. 
O wystawie wiedziałam, ale nie złożyło się, bym mogła ją zobaczyć. Zadbano jednak o wydanie tego wspaniałego katalogu i dzięki temu można delektować się 199 stronami piękna.




Katalog podzielony jest na rozdziały m.in. "Orzeł zadziwiony albo zdumiewający styl cesarstwa", "Empire w Polsce. Styl lat nadziei", "Napoleon i Polacy".
Większość prezentowanych eksponatów pochodzi ze zbiorów francuskich, jest też kilka z polskich (m.in. popiersie dowódcy szwoleżerów Wincentego Krasińskiego, piękny portret damy Elżbiety Skotnickiej, który ja pamiętam jeszcze wiszący nad drzwiami jednej z sal w krakowskich Sukiennicach, jest oczywiście portrecik uroczej Marii Walewskiej, jest Poniatowski, jest bitwa pod Somosierrą...).

Prezentowane obrazy, talerze, serwisy, meble, zastawy śniadaniowe, wazy do zup, kandelabry, zegary, tkaniny pokazują bogactwo i niezwykły artyzm przedmiotów z tamtej epoki. Opisy są szczegółowe i bardzo ciekawe. 
Możemy dowiedzieć się np. ile w ciągu zaledwie jednego roku mogła zamówić trzewików cesarzowa Józefina lub zobaczyć garnitur biżuterii Marii Luizy, drugiej cesarskiej żony,  podarowany jej z okazji ślubu.


Książka zawiera spis literatury, indeks osobowy. Okładka miękka, ze skrzydełkami. Bardzo dobrej jakości zdjęcia zadowolą na pewno tych, którzy - podobnie jak ja - lubią spędzać czas delektując się tego rodzaju publikacjami.

Jeszcze słowo o okładce. Wykorzystano na niej zbliżenie wzoru dekoracyjnego umieszczonego na porcelanowym wazonie (z IV strony okładki) typu jasmin z manufaktury w Sèvres.

O wystawie polecam film: 




wtorek, 27 grudnia 2016

Portret polski. Tradycja i świadomość historyczna

Album ten wydany w 2012 roku właśnie teraz trafił do mojej biblioteczki jako świąteczny prezent. To wydawnicza gratka dla wszystkich pasjonatów sztuki portretowej. Otwieramy pierwsze karty i zatapiamy się w świat malarstwa, przechadzamy się powoli po wspaniałej galerii wizerunków Polaków znanych i nieznanych. Król Jan III Sobieski, piękna Marysieńka, Stefan Batory, Janusz Radziwiłł, Tadeusz Kościuszko, Maria Walewska... Obok nich rodzinne portrety Walewskich, Potockich, Lubomirskich, pań w wymyślnych sukniach, wojskowych, artystów...

Miałam okazję kilkakrotnie zwiedzać Galerię Portretu Polskiego w Wilanowie, tego rodzaju album jest więc przypomnieniem tamtych odwiedzin. 


IV strona okładki
Album podzielony jest na rozdziały: 
- Uwagi o Galerii Portretu Polskiego w Wilanowie
- Część I  - XVI-XVII wiek (czasy Jagiellonów, królów elekcyjnych, portrety sarmackie, trumienne i inne)
- Część II - XVIII wiek (Sieniawscy, Czartoryscy, epoka saska...)
- Część III - XVIII wiek (Stanisław August, jego rodzina i otoczenie, Gabinet Pastelowy...)
- Część IV (XIX wiek (Księstwo Warszawskie, Legiony, Wielka Emigracja, arystokracja, artyści...)

Każdy portret ma swoją miniaturkę, czasem detal, dokładny opis, ciekawostki o postaci, malarzu. Następnie mamy już prezentacje tych samych portretów całostronicowe. Koncepcja ta, początkowo nie wydawała mi się trafiona, ale przy dalszej lekturze albumu wydała się jednak słuszną. Najpierw zapoznajemy się z dziełem, malarzem, postacią, a kilkanaście stron dalej przechodzimy już do tradycyjnej prezentacji zdjęć, czyli jeden portret na jednej stronie. 


Album zawiera też bibliografię, spis autorów portretów i spis portretowanych osób. Ciekawa jest także wyklejka, która stanowi fragment materii z ubioru Władysława Dominika Zasławskiego-Ostrogskiego. 
Album liczy 423 strony i jest na pewno bardzo ciekawą, starannie wydaną publikacją.

Czym jest tytułowy portret? Niech posłuży tu cytat z książki: "Portret ma wielu partnerów - przedstawiony człowiek, jego środowisko i artysta promują postać bohatera, każdy według własnej chęci - i pozostaje pytanie, w jakiej mierze mamy do czynienia z obiektywnym wizerunkiem człowieka, a w jakiej - z jego marzeniem o sobie."  (s. 15)


poniedziałek, 26 września 2016

Portrety i wizerunki księżnej Marszałkowej

Muzeum-Zamek w Łańcucie uraczyło czytelnika, który lubi zgłębiać historię sztuki, dzieje polskich rezydencji i rodów, które je zamieszkiwały, kolejną wspaniałą publikacją. Nakładem wydawnictwa Biblioteka  dawnej Ordynacji Łańcuckiej ukazała się bowiem publikacja autorstwa Aldony Cholewianki-Kruszyńskiej "Portrety i wizerunki księżnej Marszałkowej".


Trwa właśnie w łańcuckim zamku wystawa konterfektów "Błękitnej Markizy" jak często księżnę nazywano, gdyż kolor błękitny miał być jej ulubionym. Książka ma za zadanie nie tylko przypomnieć postać Marszałkowej - kobiety nietuzinkowej, koneserki dzieł sztuki, wielkiej damy, kuzynki króla Stasia, najbogatszej Polki swych czasów, ale także zaprezentować w jednym miejscu jej wizerunki.
Dostała od losu wiele - urodę, wdzięk, fortunę. Potrafiła wykorzystać dary losu, choć czy była do końca szczęśliwa? 
Ponoć nie kochała swych czterech córek, ale za to wielką macierzyńską miłością zapałała do wychowanka Henryka Lubomirskiego.
Męża - marszałka Stanisława Lubomirskiego nie kochała, a uczucia do królewskiego kuzyna przeszły ewolucję, od miłości do nienawiści. 
Pozostawiła po sobie wspaniałe rezydencje, poza Łańcutem, którego panią była 33 lata, przez jej ręce przeszedł też Wilanów czy nieistniejący już wiedeński pałac na Bastajach.

Jest postacią kobiecą dość znaną - napisał o niej uroczy szkic przed laty Stanisław Wasylewski ("Romans prababki"), o jej mecenacie artystycznym pisała B. Majewska-Maszkowska. Pojawia się księżna marszałkowa w licznych pamiętnikach z epoki, a pisano o niej różnie... 

IV strona okładki katalogu
Prezentowana tu publikacja, której pojawienie się na rynku zasługuje na uwagę i rozpowszechnienie towarzyszy wspomnianej wystawie zorganizowanej w 200. rocznicę śmierci Lubomirskiej. Wstęp napisał dyrektor zamku pan Wit Karol Wojtowicz, a kolejne rozdziały Aldona Cholewianka-Kruszyńska znana choćby z takich publikacji jak "Panny Czartoryskie", "Pani Alfredowa", "Piękna i dobra".
Na katalog składają się cztery rozdziały: "Pani na Łańcucie", który jest esejem dotyczącym życia i działalności Marszałkowej, a także "Portrety księżnej Marszałkowej. Stan badań", 'Portrety i wizerunki. Kolekcje i rezydencje" oraz "Portrety i wizerunki. Pierwowzory i odwzorowania". Pozostałą część publikacji zajmuje katalog z reprodukcjami, opisami i bibliografią.
Na wielkie uznanie zasługuje koncepcja i przepiękne wydanie. Książka jest wydana niezwykle starannie, ilustracje w przeważającej większości są doskonałej jakości, a całość może zadowolić naprawdę wybrednego czytelnika. Okładka ze skrzydełkami kryje we wnętrzu widok łańcuckiego zamku, a poza znanymi portretami księżnej mamy też prawdziwą perłę, którą wydawca - czemu nie trudno się dziwić - umieścił na okładce.


To portret z dawnej łańcuckiej kolekcji, który do 1944 roku zdobił Salon Rokokowy, a dziś stanowi własność The Piniński Foundation. Malowany być może przez Aleksandra Roslina.

W swoich zbiorach posiadam także - podobnie wydany rok wcześniej - katalog "Jubileusz Jana Potockiego". Do pełnej kolekcji dotychczasowych wydań Biblioteki dawnej Ordynacji Łańcuckiej brakuje mi jeszcze nr 2 tych wydań, czyli "Biblioteki Julińskiej".
Ciekawa jestem ogromnie kolejnych wystaw i następnych publikacji, ponieważ tego rodzaju książki nie tylko znakomicie się czyta, co jest zasługą sprawnego pióra autorów, ale równie wspaniale się ogląda.



sobota, 12 marca 2016

Listy z Podola


Autorem tytułowych listów jest Stanisław Zamoyski (1820-1889) z Podzamcza, syn słynącej z nadzwyczajnej piękności Zofii z Czartoryskich Zamoyskiej. 
Stanisław wraz z żoną Różą z Potockich  doczekał się aż  dwanaściorga dzieci! Pięciu synów i siedmiu córek.
Gdy jedna z córek - Zofia - wyszła 30 sierpnia 1886 roku za 26 lata starszego  Tadeusza Grocholskiego, przeniosła się z Podzamcza na Podole, do Strzyżawki położonej malowniczo nad Bohem. Stamtąd było zaledwie 10 kilometrów do Winnicy.
Kochający ojciec w kilka tygodni po ślubie córki odwiedził ją w jej nowej kresowej siedzibie, a swoje wrażenia opisał w listach do żony Róży.

Słynąca ze zjawiskowej urody Zofia Zamoyska,
matka autora listów.
/grafika, zbiory BN/
Tak pokrótce można nakreślić historię  tytułowych listów. Ich nadawca znalazł się na Podolu w październiku 1886 roku i każdy dzień opisywał w krótszych, bądź dłuższych listach. Korespondencja jawi się tu niczym dziennik, bo rzeczywiście zawiera opis codziennych wrażeń, wizyt, spotkań, spostrzeżeń. 
Są polowania, przejażdżki, wizyty sąsiedzkie, celebrowanie wspólnie spędzanego z rodziną czasu, muzykowanie, czas na lekturę.
Poznajemy dzięki temu dawne obyczaje, sposoby spędzania wolnego czasu, rytm życia w pałacach należących do historycznych rodzin polskich. Gdy Stanisław Zamoyski 13 listopada obchodził imieniny wybrał się rankiem do kościoła, po powrocie do domu córki czekał na niego stolik- niespodzianka. Tak zwany "stoliczek" był to dawny zwyczaj ustawiania w pokoju solenizanta w sekrecie stoliczka, na którym układano prezenty.
Zamoyski był świadkiem miejscowych zwyczajów, gdy chłop Maksym wraz z narzeczoną przybyli do pałacu wraz z drużbami prosić Grocholskich o błogosławieństwo. Zadziwiony stosowanym wciąż obyczajem pisał do żony "Podług zwyczaju tutejszego i mnie narzeczeni po 3 razy całowali w rękę i w nogi." (s. 66)
To tam, w Strzyżawce, Zamoyski przyglądał się jak jego zięć powozi słynną trójką. Trójkonny zaprzęg popularny szczególnie w Rosji, malował między innymi Józef Chełmoński. Zachwyt Zamoyskiego wzbudziła także wspaniała kareta mieszkającej w Pietniczanach Wandy Grocholskiej. Do żony pisał "aż mi wstyd, że Ty takiej nie masz - ale prawdę mówiąc, to zbytek." (s.44)

Ostatni list pisany jest 16 grudnia 1886 roku. Trzy lata później Stanisław Zamoyski zmarł, nie mógł przewidzieć, że za 30 lat nastąpi zagłada tamtego życia, a łuna pożaru, który szalał w Strzyżawce w styczniu 1918 roku będzie widoczna z pobliskiej drogi...

Kopie listów Stanisława Zamoyskiego do żony Róży stały się podstawą niniejszego wydania, a większość fotografii pochodzi ze zbiorów rodzinnych Grocholskich. Czyni to książkę tym bardziej wartościową, bo pokazuje materiał ilustracyjny do tej pory w wielu przypadkach zupełnie nieznany. 
Wstęp i przypisy opracował Marcin Brzeziński, a wydania podjęła się kancelaria adwokacka Nobilis Partners.
Na uwagę zasługuje na pewno bardzo staranne wydanie. Twarda okładka, dobrej jakości papier, fotografie w odcieniach sepii. Książka opatrzona jest przypisami, posiada indeks osobowy. Są także lubiane przeze mnie szczególnie wyklejki.  Na jednej z nich mamy fragment opisu albumu Anny Grocholskiej, córki Zofii i Tadeusza Grocholskich, gdzie uwagę zwraca zdanie kierowane do potencjalnych oglądających "Uprasza się oglądających palców nie lizać!"
Druga wyklejka prezentuje fragment współczesnej mapy Europy, z zaznaczeniem miejscowości, o których mowa w książce - Podzamcza, Sławuty, Pietniczan, Strzyżawki, Winnicy, Sokołówki, Odessy...

Do kogo kierowana jest ta książka? Na pewno do miłośników dawnego życia i obyczaju, do zainteresowanych życiem polskiej arystokracji, do wszystkich tropiących historię Kresów, wreszcie do tych, którzy lubią obcować z pięknie wydanymi książkami, w których dawny świat zamknięty został nie tylko między linijkami tekstu, ale także w pełnych uroku fotografiach.


piątek, 28 sierpnia 2015

Maria z Wodzińskich - czy tylko romantyczna muza?

Wpis ten nie pojawiłby się zapewne nigdy gdyby nie fakt, że podczas urlopu zawitałam do Kłóbki na Kujawach, gdzie kilka miesięcy temu oddano do zwiedzania przywrócony życiu z totalnej ruiny dwór Orpiszewskich. Mieszkała tu u schyłku życia Maria z Wodzińskich Orpiszewska, znana najbardziej z tego, że wzbudziła zainteresowanie naszych wielkich romantyków - Fryderyka Chopina, którego była nawet narzeczoną i Juliusza Słowackiego.

Do tej pory też tak ją pamiętałam - muza romantyków. Jej obraz był mocno niewyraźny może też i dlatego, że jej uroda nie zapada w pamięć. Przeciętna, by nie powiedzieć nijaka. Ratują ją oczy - wielkie, błyszczące, namiętne. Może to ich wejrzeniu ulegli kiedyś i Chopin, i Słowacki? Kto wie? Źródła ludzkich fascynacji są często  nieodgadnione.
Moje zainteresowanie siedzibami ziemiańskimi (w dodatku związanymi ze znanymi ludźmi z dawnych epok) zaprowadziło mnie pewnego sierpniowego, upalnego dnia do Kłobki. Opowieść pani przewodniczki zaciekawiła, potem zakupiłam album (w kasie skansenu, przy którym znajduje się dwór) poświęcony w całości mieszkance tego dworu. "Maria z Wodzińskich Orpiszewska (1819-1896). Życie i dzieło." opracowany przez Krystynę Kotulę, wydany w 2010 roku przez Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku.

Dwór w Kłóbce, sierpień 2015
Wejście do dworu w Kłóbce
Album przeczytałam już na spokojnie w domu. Składa się on ze wstępu,  kalendarium życia Marii, które jest wzbogacone cytatami z korespondencji bardzo trafnie i ciekawie dobranej. Jest tu także katalog jej prac (rysowała ołówkiem, ale pozostały po niej też akwarele - w tym ta najsłynniejsza przedstawiająca Chopina, obrazy olejne), fotografii, utworów jej dedykowanych i zdjęć różnych pamiątek np. karnecika balowego, koronki, modlitewnika i innych.
Jak na album przystało książka jest pięknie i bardzo starannie wydana. Zawiera bardzo dużo świetnej jakości ilustracji. Całość oceniam na bardzo udaną publikację, która nie ma aspiracji biografii, ale  w sposób dokładny, a przy tym interesujący prezentuje życie i dokonania  Marii z Wodzińskich.


Po przeczytaniu albumu poczyniłam kilka refleksji. 
Maria z Wodzińskich - ledwie znana mi dotąd muza romantyków, o nieciekawej urodzie okazała się kobietą o mocnym charakterze, która wykazała się - jak na czasy, w których żyła -  odwagą i determinacją w walce o własne szczęście. Ile siły mieściło się w tej delikatnej postaci! Niech nie zwiedzie nas obraz subtelnej młodej damy w różowej sukience ze znanego portreciku. Ta pastelowa panna  z dworku to naprawdę twarda w swych dążeniach kobieta.
Żona, matka, pani domu, obdarzona temperamentem, artystycznymi zdolnościami i odwagą. Nie bała się ryzyka. Pierwszy mąż - Józef Skarbek nie spełnił jej oczekiwań. Gdy 4 lata po ślubie poznała Władysława Orpiszewskiego zakochała się. I tu w jej biografii mamy prawdziwie romantyczne wydarzenia. Bo to miłość i perypetie związku   z Orpiszewskim stają się najważniejszym wydarzeniem jej życia. Wbrew utartym przekonaniom nie Chopin, nie Słowacki. Gdyby nie wielkość romantycznych twórców można by uznać znajomości z nimi za epizody.
Oczywiście lepiej brzmi pisząc o Wodzińskiej - muza Chopina i Słowackiego (i jest w tym oczywiście prawda) niż żona Władysława Orpiszewskiego, dzierżawcy folwarku Wola Gzowska.

Dwór w Kłóbce od strony parku, w sierpniu 2015 r. jeszcze trwały tam prace.























Maria ucieka od męża, chroni się w klasztorze, zabiega o rozwód. Gdy wreszcie dopięła swego i w kościele parafialnym w Kłóbce została panią Orpiszewską wiedziała, że warunki życia zmienią się na skromne. Nie zawahała się... Napisała krótko "Nawet w chustce byle  z nim." (s. 30)
Potrafiła kochać! Nie miała urody, ale jaki charakter!
Gdy uwielbiany mąż zachorował na płuca na długie lata opuściła kraj i zamieszkała we Włoszech. 
Malowała, rysowała, grała na fortepianie. Nawet car Mikołaj uległ prośbom Marii (co czynił niezwykle rzadko) i ułaskawił jej szwagra, powstańca listopadowego  zesłanego do Irkucka.
Po śmierci męża Maria zamieszkała w Kłóbce, przy rodzinie. Dobudowała do dworu nowe skrzydło i tam żyła jeszcze kilkanaście lat otoczona pomału powstającą legendą o jej wielkich romantycznych miłościach. 

Tymczasem ona sama 3 lata przed śmiercią napisała: "Wszyscy mniemają, żem powinna być dumna, że Słowacki i Chopin we mnie się kochali, a ja zawsze powtarzam, że z tego tylko dumna jestem, że taki człowiek jak mój mąż tak stale mnie kochał." (s. 34)


Maria z Wodzińskich Orpiszewska
Fotografia wykonana we Florencji.
Zbiory Biblioteki Narodowej.

***
Cytaty pochodzą z albumu: "Maria z Wodzińskich Orpiszewska (1819-1896). Życie i dzieło." Opracowanego przez Krystynę Kotulę, wydany w 2010 roku przez Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Książki i ja, czyli o moich skarbach.

W czasie wakacji na blogu Guciamal, a potem także na kilku innych (książkowiec, kaye) można było poczytać bardzo ciekawe posty dotyczące książek, a ściślej naszej osobistej, ukochanej biblioteczki. Naszej, bo domowej.
Wakacje się kończą, sądząc po aurze za oknem mamy już jesień, więc w tych ostatnich dniach sierpnia i ja do zabawy jeszcze dołączę.  Znalazłam trochę czasu na sfotografowanie fragmentów mojej biblioteczki, więc oto Ona.


Ostała się jeszcze jedna półeczka z porcelaną...
Jej los jest jednak przesądzony!
Książki stoją w dwóch rzędach, czego na zdjęciu
oczywiście nie widać.

MOJA BIBLIOTEKA i odpowiedzi na kilka pytań...


Jak powstała twoja biblioteka?

Część książek "od zawsze" była w domu. Sporo kupowała moja Mama,  a potem, gdy i ja połknęłam książkowego bakcyla zaczęłam tworzyć własną bibliotekę. Książki historyczne, biografie, pamiętniki, albumy o sztuce to jej trzon. Jest także trochę "odziedziczonej"  beletrystyki. 

Na zdjęciach przedstawiam jedynie to, co mieści się w jednym pokoju, gdzie znajduje się moje "centrum dowodzenia". Naprzeciw biblioteczki mam wygodny duży stół, laptop, krzesła pełne książek, segregatorów i notatek. Tu piszę, czytam i spędzam najwięcej czasu.




Czy jest jakiś ład w twojej bibliotece? 
Żadnego. Niemniej z dokładnością mogę wskazać, gdzie mam jaki tytuł. 




Ile wydajesz miesięcznie na książki? 

Zbyt wiele...



Czy pożyczasz swoje książki? 

Nie lubię pożyczać książek i w zasadzie tego nie robię. Książki albo potem nie wracają albo wracają, ale już jakieś inne, odmienione, nie takie... Od razu widzę każde zagięcie kartki, rysę na okładce... To taka mała fobia:)




Czy masz emocjonalny stosunek do książek? 
Oczywiście! To moi domownicy. 


Czy robisz notatki w książkach (bazgrzesz, piszesz, zaginasz rogi)? 
W niektórych robię notatki ołówkiem, zaznaczam coś na marginesach, niekiedy przyklejam samoprzylepne, kolorowe karteczki. Dotyczy to tylko tych książek, które wykorzystuję podczas pisania swoich własnych.


Jak szybko czytasz?
Chyba szybko, gdy coś mnie interesuje nie ma siły, by mnie od książki odciągnąć. 

Fragment półki z albumami. Jest na dolnym
regale ze względu na wagę...
Czy wracasz do książek raz przeczytanych? 
Do pamiętników i listów wracam często, poszukując informacji. Jeśli chodzi o beletrystykę to mam trzy tytuły, które czytam od zawsze i to po wielokroć:  Anna Karenina Tołstoja, Lalka Prusa i Łuk Triumfalny Remarque'a.



Ile piszesz dziennie?
Piszę dużo, niekiedy codziennie, potem przerwa. Bywa tak, że nie piszę, bo to nie mój dzień lub po prostu trzeba popracować zawodowo. A potem przychodzi wena... i tak powstają książki.

***

Na koniec fragment półeczki, gdzie trzymam Swoje Książki w liczbie 7. 



"Gdy ktoś czyta, zawsze albo się czegoś nauczy, albo zapomni o tym co mu dolega, albo zaśnie - w każdym razie – wygra."

/Henryk Sienkiewicz/


piątek, 20 września 2013

Leon Lipkowski - wspomnienia z Kresów

Dziś o książce niezwykłej. Trafiłam na nią przypadkowo przeglądając internet. Już kiedyś spotkałam się z informacją, że Leon Lipkowski napisał i wydał książkę pod tytułem "Moje wspomnienia 1849 - 1912". Wydanie z 1913 roku było prawdziwym unikatem, bo liczyło zaledwie 500 egzemplarzy, wszystkie były numerowane.
Tymczasem kilka lat temu (2009 r.) Stowarzyszenie Domus Polonorum wydało reprint tego tytułu jako  tom I Biblioteki Domus Polonorum.
Książka zyskała przepiękną szatę graficzną. Okładka jest twarda, znakomitej jakości papier, mnóstwo ilustracji czarno-białych. Format książki duży, albumowy.




Leon Lipkowski, ziemianin z Kresów, skoligacony z mnóstwem rodzin tam żyjących przedstawia świat, który kilka lat po wydaniu tej książki miał bezpowrotnie zginąć. Rewolucja bolszewicka położyła kres polskim siedzibom, pałacom, przez lata gromadzonym kolekcjom, skarbom chowanym w dworskich bibliotekach, obrazom przodków od pokoleń wiszących na tych samych ścianach. Lipkowski spisując swe wspomnienia nie przypuszczał nawet, że to ostatnie lata spokoju, egzystencji, która trwała tam od pokoleń, niezmienna. Na kartach książki, pisanej dla rodziny i przyjaciół, pozostawił kawałek tamtego życia.
Pisze o rodzinie, sąsiadach i ich siedzibach, przytacza nieraz anegdoty i ciekawostki. Przede wszystkim pisze z wielką klasą gentlemana, który wyznaje zasadę, że jeśli się już mówi o innych lub pisze, to albo dobrze albo wcale.
Nie ma więc na kartach tej książki pikantnych historyjek, skandalików, ploteczek. Jest za to ukazany świat porządnych ludzi, którzy pracą, zamiłowaniem do ziemi i  tradycji tworzyli ów mit kresowy, który dziś ponownie, po latach milczenia, jest obecny w rożnych publikacjach.

O szacie graficznej już pisałam, ale napiszę jeszcze rzecz ważną. Książka prezentuje mnóstwo fotografii, portretów. Niegdyś wisiały i ozdabiały kresowe rezydencje, dziś... przeważnie nie istnieją. Nieliczne uratowano. 
Większość dorobku polskiej kultury, sztuki, kolekcjonerstwa na Kresach po prostu przepadła. Zrabowana, zniszczona bestialsko przez bolszewickie hordy, które napadając na polskie dwory potrafiły tylko niszczyć, kraść, gwałcić, zabijać. Ale to inna historia...  Kto czytał np. "Pożogę" Zofii Kossak-Szczuckiej wie, o czym piszę.
Książka Leona Lipkowskiego to książka smakowita, dobrze się czyta, dobrze ogląda. To książka na spokojne wieczory, gdy w ciszy możemy zagłębić się w świat dworów, polowań, kuligów, wizyt...

Kilka cytatów z książki:
"Dziś jeszcze pamiętam, z jaką niecierpliwością oczekiwaliśmy ukazania się po drugiej stronie Bohu wielkich kazańskich sani, w sześć koni zaprzężonych, któremi przyjeżdżała siostra z całą gromadką dzieci." (s. 45)

"Wujenka, o ile pamiętam, w czarnej sukni, czepeczku i mantyli, bardzo była sentymentalna i nie pamiętam jej nigdy inaczej, jak roniącej obficie łzy przy każdej rozmowie." (s. 65)

"Bywając w domu Władysławowstwa Branickich, gdzie zawsze doznaję wielu dowodów życzliwości  odczuwam atmosferę starego polskiego gniazda na kresach, pełnego cnót narodowych i rodzinnych, które wniosły do swych ognisk domowych i córki tych zacnych rodów." (s.158)

Wołodarka ze słynną galerią obrazów, Tokarówka koło Nowo-Chwastowa, Nenadycha z pięknym ogrodem kwiatowym, Cybulów, jedna z najwspanialszych stadnin w Stawiszczach, Hajworów... kto dziś wie, gdzie są położone? Jak brzmi ich dzisiejsza nazwa? Ile kamieni zostało z tamtego życia?
Książka ta jest jeszcze jednym, bezcennym świadectwem naszej historii, naszego istnienia także tam, na Wschodzie. W dobie unijnych fajerwerków przypomina o sprawie zasadniczej - polskości. 


*****
Zainteresowanych odsyłam na stronę:
 http://www.domuspolonorum.nobiliscounsels.com/index.php?dzial=recenzja
Można przeczytać recenzję książki Andrzeja Mańkowskiego i obejrzeć galerię książki. 

piątek, 19 kwietnia 2013

Winterhalter - portrecista i czarodziej

Jeśli żyłybyśmy w połowie XIX stulecia, pochodziły z rodu królewskiego lub należały  do elity ówczesnego społeczeństwa europejskiego, to najprawdopodobniej skierowałybyśmy swe kroki do pewnej  paryskiej pracowni.
Mam na myśli pracownię malarską jednego z najsłynniejszych portrecistów tamtego stulecia - Franza Xaviera Winterhaltera. Niemiecki malarz urodzony w Schwarzwaldzie, pochodzący    z rolniczej rodziny stał się ulubieńcem najznakomitszych kobiet tamtej epoki. Nikt tak jak on nie potrafił oddać uroku, czaru, piękna swych modelek. Ubierał je w strojne suknie, koronki, powiewne tiule i muśliny, sznury pereł, kolie z diamentów, szmaragdów...
  

Do rąk wkładał im bukietów róż, czasem książki. Tworzył wizerunki, którym trudno było się oprzeć, a które dziś zdobią ściany wielu światowych muzeów (polskich także).
Jedną z koronowanych modelek portrecisty była cesarzowa Eugenia, którą portretował wielokrotnie. Jednym z jego najsłynniejszych portretów jest wizerunek cesarzowej z damami dworu. 
Ten portret zdobi piękny album o malarstwie Winterhaltera wydany w Paryżu w 1988 roku.

Portrecista malował też królową Wiktorię, cesarzową Sissi, ale także wiele arystokratek francuskich, angielskich, rosyjskich i oczywiście polskich.
Maria Potocka, Helena Sanguszkówna, Katarzyna Potocka, Liza Przezdziecka, a przede wszystkim Eliza z Branickich Krasińska pozowały słynnemu malarzowi.

Eliza Krasińska ceniła go szczególnie,  a jej  portret wraz z trójką dzieci - Władysławem,  Zygmuntem i Marią należy do piękniejszych prac artysty. Tak się szczęśliwie złożyło, że portret ten w złoconej ramie zdobi IV stronę okładki mojej książki  "Pani na Złotym Potoku".
W internecie możemy znaleźć dziesiątki portretów Winterhaltera, których tu nie publikuję, ponieważ staram się zamieszczać jedynie własne zdjęcia. 

Z portretami tego artysty spotykamy się do dziś nie tylko zwiedzając muzea czy przeglądając albumy o sztuce. 
Jedna z cukierniczych firm wykorzystała na pudełeczku czekoladek znany portret cesarzowej Sissi. Smakołyki z cesarzową są bardzo popularne w Austrii.  Cóż na to powiedziałby sam mistrz Winterhalter? Tego już się nie dowiemy...





poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Rapperswil - polski zamek w Szwajcarii

Zbierając materiały do mojej kolejnej książki skontaktowałam się, nie po raz pierwszy zresztą, z Muzeum Polskim w Rapperswil.
To unikalne miejsce w dziejach polskiej kultury. Mam nadzieję,  że kiedyś moje  podróżnicze ścieżki zaprowadzą mnie do XIII-wiecznego zamku nad Jeziorem Zuryskim.
Zdjęcie ze strony
http://www.muzeum-polskie.org
Historia polskiego muzeum w Szwajcarii sięga jeszcze XIX wieku. W 1870 roku hrabia Plater otworzył na zamku muzeum polskich pamiątek historycznych. W czasie zaborów opiekowało  się zbiorami wielu wybitnych Polaków. Kolekcja  rozrastała się. Gdy odzyskano niepodległość wypełniono testament hr. Platera, postanowiono wreszcie cenne pamiątki sprowadzić do kraju. 
Wielki powrót nastąpił w 1927 roku. Przejęcie zbiorów podpisał uroczyście marszałek Piłsudski. W 13 wagonach kolejowych jechały do Polski rapperswilskie skarby. Dzieła sztuki, cenne książki  starodruki, mapy,  rękopisy...
Zbiory złożone zostały w różnych miejscach. Część podarowano Muzeum Narodowemu, ale na przykład książki,  archiwalia przejęła jako oddzielny zbiór Biblioteka Narodowa.
Przyszedł czas wojny...
Zbiory biblioteczne po raz pierwszy zagrożone w 1939 roku, zostały doszczętnie (za wyjątkiem niewielkiej części ocalonej przez pracowników biblioteki) spalone po Powstaniu Warszawskim.
Gdyby zostały w Szwajcarii... Gdyby...


Korespondując ostatnio z  obecną panią kierownik Biblioteki w Rapperswilu  pozyskałam zdjęcia, które poniżej prezentuję, a które w przejmujący sposób przypominają nam o stratach poniesionych przez polską kulturę.                                                                                                                                      
Zdjęcie udostępnione mi dzięki uprzejmości pani Anny Piotrowskiej - kierownika Biblioteki Muzeum Polskiego     w Rapperswilu

























Zdjęcie udostępnione mi dzięki uprzejmości
pani Anny Piotrowskiej - kierownika
Biblioteki Muzeum Polskiego w Rapperswilu
Obecnie działające w Rapperswil Muzeum Polskie otwarto w 1975 roku. Jego zbiory zaczęły się powiększać dzięki cennym depozytom i darom . Placówka stała się ważnym miejscem na muzealnej mapie Europy, nie tylko dla Polaków. W 1978 roku  Artur Tarnowski podarował Muzeum wspaniałą kolekcję miniatur, które niegdyś należały do zbiorów w rodzinnym Dzikowie (dziś dzielnica Tarnobrzega). Miniatury, które od 19 pokoleń były w rękach Tarnowskich trafiły do zamku w Szwajcarii.
W 1994 roku wydano okolicznościowy, piękny album - katalog  upamiętniający  wystawę  miniatur rapperswilskich na Zamku Królewskim w Warszawie. 



Jeszcze przed II wojną wydano katalog rapperswilskiej biblioteki. Dziś jest on do przejrzenia w niektórych bibliotekach w Polsce. Posiada egzemplarz Biblioteka Narodowa, Biblioteka Jagiellońska, być może także inne.
Badacze muszą jednak pamiętać, że jest to katalog nieaktualny, gdyż jego zbiory niestety, już nie istnieją...

Warto zajrzeć na  stronę zamku  http://www.muzeum-polskie.org  i wybrać się w wirtualną wycieczkę...

wtorek, 19 marca 2013

Fotografie z dawnych lat...

Fotografie...  
Dziś mamy aparaty proste w obsłudze, cyfrowe, z podglądem  zapisujące setki zdjęć na karcie pamięci. Pamiętam jeszcze czasy, gdy miałam aparat z tradycyjnym filmem na szpuli i wyjeżdżając w różne ciekawe miejsca liczyłam klatki, by nie zabrakło. 
Ale dziś o fotografiach jeszcze starszych, tych pierwszych, w sepii, z czasów, gdy fotografia dopiero stawała się popularna. 
Mam w chwili obecnej dwa albumy dotyczące tego tematu. 


Pięknie wydany album (choć czytałam na jego temat krytyczne uwagi,  do których w tym miejscu zaciekawionych odsyłam) "Wokół pałacu i dworu. Z kolekcji Janusza Przewłockiego".
To album z serii "Kolekcje XX wieku", wydany w 2009 r. przez Ośrodek KARTA i Dom Spotkań z Historią.
O zbiorach Janusza Przewłockiego (1927-2007) słyszałam, nieraz widziałam w rożnych publikacjach zamieszczane fotografie z jego przebogatej kolekcji. 
Przewłocki - urodzony jeszcze przed wojną w majątku Mordy, pochodzący ze szlacheckiej rodziny kolekcjoner i wydawca, współpracownik paryskiej "Kultury" przez lata zbierał, opracowywał dawne fotografie. Bywał u swych wujków, ciotek, które trzymały paczki pełne fotografii, którymi już nikt z młodych się nie interesował. Przewłocki je ocalił. Powstał przepiękny  bogaty zbiór, dla historyków bezcenny. Janusz Przewłocki miał jeszcze kontakt z tamtym, starszym, przedwojennym, a nawet XIX-wiecznym pokoleniem. To dzięki tym osobom mógł zdjęcia opisać, odczytać, umieścić w czasie i przestrzeni. 
Dla mnie, mimo pewnych niedociągnięć, jest to album niezwykle cenny. Nie mówię tu o materialnym wymiarze, ale o treści i obrazie.  Na kilkunastu ostatnich stronach przemawia życie kolekcjonera - Janusza Przewłockiego. Są tu rodzinne fotografie i wspomnienie-relacja z nagranej w 1998 roku rozmowy.
Mnie zapadła w pamięć  jedna wypowiedź Janusza Przewłockiego:
"Od życia niewiele wymagam. Szkoda mi czasu." 
(s.211)
                                                                          *******
Jeszcze jeden album, ciekawy, choć już nie tak efektowny - "Polska w starej fotografii" wydawnictwa BOSZ z 2012 roku.



Album zawiera interesujący zbiór fotografii dawnych, podzielonych na kilka działów.
 Fotografie tu prezentowane pochodzą z różnych archiwów w Polsce. 
Nie jest to jeden, kompletny zbiór,  ale fotografie różnorodne podzielone na działy: 
Ludzie, Wieś, Miasto, Siedziby, Wiara, Wydarzenia.

Obydwie książki przenoszą nas w czasie. 
Można przyjrzeć się damom w atłasach i perłach, wraz z bohaterami tych fotografii bawić się w karnawale, polować, bywać w modnych uzdrowiskach. 
Można przejść się warszawskim Nowym Światem (patrz:okładka), zajrzeć do przedwojennego Wilna czy Lwowa. 
Brać udział w targu w Łowiczu, odwiedzić Dom Towarowy Braci Jabłkowskich w Warszawie. Z nostalgią spojrzeć na naszą pasażerską chlubę "Batorego".

Jednym słowem  można odbyć podroż do świata, który już nie istnieje...

poniedziałek, 25 lutego 2013

Książki, których niestety nie przeczytam...

Mam w swojej biblioteczce książki, które pochłonęłabym od razu. Niestety, nie przeczytałam ich jeszcze... Od wielu zresztą lat są w moich zbiorach - oglądane, cenione, ale... jakoś nieprzeczytane. I pewnie tak już zostanie.
Za młodu, gdy umysł świeży, zamiast uczyć się języków, wolałam czytać książki i malować. I tym sposobem poliglotą nie zostałam. Czasu nie wrócę, stało się. Niekiedy mam nagłą chęć na szkolenie - ale przeważnie kończy się na szlifowaniu i odkurzaniu angielskiego i francuskiego.
A tymczasem książki nieprzeczytane, a pięknie wydane, leżą i czekają...
Ponieważ z każdej mojej podróży, dalszej i bliższej, przywożę kilogramy papieru, typu: foldery, prospekty, książeczki, przewodniki... to nic dziwnego, że pojawiły się wśród tego zbioru i te prezentowane poniżej.


Ten piękny albumik dotyczący muzeum - zamku w Ratyzbonie, należącego do dziś do znanej rodziny Thurn und Taxis, wydany w 1998 roku, zakupiony w muzealnym sklepiku, napisany jest niestety w języku niemieckim.
Pod koniec książki jest wprawdzie streszczenie w trzech językach (włoski, angielski, francuski), ale to szczątkowe informacje, w porównaniu z opisami zgromadzonymi na  70 stronach.

Historia carowej Katarzyny II i jej bajkowej rezydencji w Carskim Siole. Książka wydana w 1992 roku w języku duńskim. Zakupiona dosłownie za grosze (oczywiście były to ruble) w muzealnym sklepie w Carskim Siole. Kredowy papier, kolorowe zdjęcia.
W myśl zasady "nigdy nie mów nigdy" mam jeszcze niewielką nadzieję, że kiedyś zasiądę w fotelu z filiżanką kawy i przeczytam po duńsku historię carowej Rosji. Nigdy nie wiadomo...

wtorek, 1 stycznia 2013

Gdzie zaprowadzi przewodnik?

Przewodniki po miastach, muzeach, zamkach…  Niewielkie książeczki, bez których –przynajmniej dla mnie – trudno zorganizować nawet krótką podróż. Kupuję od lat nie tylko te, które dotyczą czekających mnie podróży, ale i takie, które prezentują miejsca, które chciałabym kiedyś zobaczyć. Mam więc w zbiorach przewodniki po Wyspach Kanaryjskich, Salzburgu, Moskwie, Wilnie... Kiedyś może się przydadzą, choć nie będą już zbyt aktualne.


Chciałam tu napisać jednak o przewodnikach, które często można kupić jedynie w niewielkich księgarenkach muzeów. Pięknie wydanych niedużych książeczkach, które zachęcają do zwiedzania albo utrwalają nasze wrażenia z odwiedzanego właśnie miejsca.





W ubiegłym roku zwiedzając po raz kolejny, tym razem w sierpniowym deszczu, Muzeum w Kozłówce zakupiłam w sklepiku muzealnym 96-stronicowy przepiękny przewodnik. Mnóstwo tam zdjęć uroczych detali, porcelany, obrazów, srebrnych talerzy, kandelabrów, zegarów, figurek, kinkietów…
Całość elegancka, pięknie skomponowana i wydana na dobrej jakości papierze.



O wiele mniejsze objętościowo, ale równie ciekawe są przewodniczki po  Zamku w Kórniku i Muzeum Regionalnym w Złotym Potoku. To pamiątki wizyt w tych  miejscach – wielkopolskim Kórniku niedaleko Poznania i Złotym Potoku koło Częstochowy.
Muzeum w Pszczynie bardzo dba o swoje wydawnictwa, co jakiś czas wydając nowe albumy        i przewodniki. Ich centrum informacji turystycznej od lat zadziwia mnie profesjonalizmem i wielką dbałością o promocję miasta i unikalnego muzeum. W 2009 roku wydali 104-stronicowy przewodnik okraszony kolorowymi zdjęciami.
Z tego samego roku pochodzi niewielka książeczka „Pałac Radziwiłłów w Nieborowie. Ogród  w Arkadii”. To już skromniejsze wydanie, 48 stron, ale bardzo ciekawie prezentuje jedno  z piękniejszych miejsc na Mazowszu. Zakupione w sieni nieborowskiego pałacu, na stoisku z książkami i pamiątkami.




Bardzo interesujący, choć już nieaktualny ze względu na zmianę ekspozycji, jest przewodnik „Sukiennice w Niepołomicach” z 2007 roku, kiedy to na czas remontu Muzeum w Sukiennicach przeniesiono  jego zbiory do zamku w Niepołomicach.   Z tej okazji wydano okazjonalny przewodnik opisujący obrazy, ich rozmieszczenie, historię. Zbiory wróciły już do krakowskich Sukiennic, ale przewodniczek dokumentuje to ważne dla polskiego muzealnictwa wydarzenie.






Na koniec jeszcze jeden, może najmniej efektowny ze wszystkich tu prezentowanych – Zbigniew Fałtynowicz  „Przewodnik. Miłosz. Krasnogruda” Suwałki 2012.

Krasnogruda to niewielka wieś przy granicy z Litwą, gdzie mieści się dwór „Miłoszówka”. Tu latem, do swych ciotek, przyjeżdżał przez kilka lat Czesław Miłosz. Dziś dwór z czerwonym gankiem (zdjęcia prezentuję na stronie „Moje oczarowania”) jest ogólnodostępny, można go zwiedzać i kupić m.in. taki przewodnik – napisany z pasją i wielką wiedzą o Suwalszczyźnie, Miłoszu i jego rodzinie.
Jakie przewodniki kupię w tym roku? Gdzie? Tego jeszcze nie wiem…  Rok 2013 dopiero się zaczyna.