środa, 17 maja 2017

Egzemplarze autorskie, czyli chwila refleksji nad "Portretem Klementyny"


Otrzymanie egzemplarzy autorskich - co tu dużo mówić, to jeden z najmilszych momentów pracy nad książką, a w zasadzie efektów tejże pracy. Tekst, myśli, wątpliwości, zdania, godziny, miesiące, a czasem i lata ślęczenia nad klawiaturą komputera, godziny spędzone w bibliotekach i archiwach, w pociągach, samochodzie, efekt podróży, spacerów, dziesiątek listów, maili, telefonów... to wszystko nabrało w końcu realnego kształtu. Stało się książką. 



Teraz czas upajania się jej widokiem, przekładania, oglądania, takiego... oswajania z bliskością, wreszcie czytania. Nie wiem jak mają inni autorzy, ale ja zawsze pierwszego dnia, gdy otrzymuję swoją książkę, jestem absolutnie niedostępna, bo zajęta ... czytaniem.
Ponownym, kolejnym, setnym... Znam ten tekst doskonale, ale teraz będzie smakował inaczej. Wydrukowany, udostępniony... Nagle ta historia i opowieść, nad którą do tej pory pracowałam, która była tylko moja, staje się - w końcu taki był tej pracy cel - ogólnodostępna. To zmienia wiele.


To ja się jeszcze moimi egzemplarzami pocieszę, a Was, drodzy Czytelnicy, zapraszam w podróż śladem pięknej pani starościny Klementyny z Kozietulskich Walickiej. Z tych samych Kozietulskich, których jeden z przedstawicieli, a dokładnie brat bohaterki, rozsławił rodowe nazwisko pod Somosierrą.

Dobrego czytania :) 
I dzielcie się ze mną swymi uwagami, spostrzeżeniami, propozycjami. 


/Zwróćcie uwagę, na niewielką karteczkę - erratę dołączoną do książki/

poniedziałek, 15 maja 2017

W kwitnącym i pachnącym majem Krakowie

Aura nie była dotychczas łaskawa, a i inne obowiązki nie służyły wybraniu się do Krakowa. W końcu pojechałam.  Maj zawitał na dobre, rozbujała się soczysta zieleń, zakwitło wszystko. Ucieszyło oczy spragnione kwiatów i kojącej, w najróżniejszych odcieniach, zieleni.
"Wiosna, ach to ty..." chciałoby się powtórzyć za poetą. 
Niedziela przywitała mnie w Krakowie spragnionymi słońca spacerowiczami. To jest chyba jedyne miejsce, gdzie tłok mi absolutnie nie przeszkadza. 
Kilometry krakowskiego spaceru, aż do bólu nóg ze zmęczenia.
Było pięknie, kwitnąco, pachnąco...
Jeśli macie ochotę wybierzcie się ze mną na spacer po majowym Krakowie. Zatrzymałam w kadrze kilka tamtych chwil...












piątek, 5 maja 2017

Wkrótce Warszawskie Targi Książki

W dniach 18-21 maja 2017 roku odbędzie się kolejne święto książki w Warszawie. 
Jeśli w sobotę wybieracie się na Warszawskie Targi Książki serdecznie zapraszam Was na stoisko Wydawnictwa LTW.
W sobotę w godzinach 12.00-13.00 będę dyżurować  pod nr 110 w sektorze D19.


Serdecznie zapraszam!



środa, 3 maja 2017

Niebawem nowa książka - "Portret Klementyny"

Mam ogromną przyjemność przedstawić Wam okładkę mojej kolejnej książki, opowieści biograficznej. Kim jest tytułowa Klementyna? Jaką rolę w powstaniu książki odegrał portret z okładki? Czy był inspiracją do poszukiwań i zgłębiania życia tej początkowo nieznanej mi zupełnie kobiety? A może był dopełnieniem prac, ową kropka nad i? Wszystko to wytłumaczyłam w autorskim wstępie. 


Na okładce wykorzystano portret Klementyny z Kozietulskich Walickiej
malowany przez Józefa Grassiego, który do 1945 roku
 zdobił sale pałacu w Małej Wsi, dziś na ekspozycji
w Muzeum Narodowym we Wrocławiu

Już niedługo - podczas Warszawskich Targów Książki 18-21 maja - premiera "Portretu Klementyny". To biografia napisana w oparciu o przestudiowanie setek, a tak naprawdę tysięcy stron, dokumentów archiwalnych. Ile ciekawostek można wydobyć z archiwów, z tych - wydawać by się mogło - zapominanych teczek pełnych pożółkłych dokumentów, starych paszportów, notatek, zapisków, zaproszeń, ale przede wszystkim korespondencji, wiedzą najlepiej ci, którzy lubią taką "archiwalną robotę". 
Odkrywamy często nowe, nieczytane, niepublikowane... To cały urok tej pracy. To jakby spacer po ścieżkach w lesie, do których nikt wcześniej nie dotarł.

Pani z okładki zachwyca urodą. Zewnętrzne piękno to jednak nie jedyny atut powabnej damy. Siostra napoleońskiego szwoleżera - Jana Kozietulskiego była kobietą mądrą, zaradną, znakomitą panią domu i swych rozległych dóbr. Jej ojciec był starostą będzińskim, młodość spędziła w Kompinie niedaleko Łowicza, potem zostając żoną Józefa Walickiego zamieszkała w pałacu w Małej Wsi, który na kilkadziesiąt lat stał się jej ukochanym domem. Mieszkała też w Warszawie, często bywała w Karlsbadzie, Egerze, Wiedniu, Florencji. 
Zachwyciły mnie zachowane miłosne listy, które słał do niej jej pierwszy mąż. Przenoszą one czytającego w epokę staropolskiej epistolografii.
Klementyna z Kozietulskich Walicka-Wichlińska przeżyła w swym życiu chwile szczęścia i towarzyskiego powodzenia uczestnicząc w balach Księstwa Warszawskiego. Znała Marię Walewską, księcia namiestnika Zajączka, Juliana Ursyna Niemcewicza, Marię Wirtemberską, generała Wincentego Krasińskiego. 
Tańczyła na tym samym balu, od którego rozpoczął się słynny romans Napoleona z Walewską... Była piękna, podziwiana, ale życie nie szczędziło jej smutków i trosk.
Z czasem śmierć zabierała najbliższe osoby: męża, dwoje małych dzieci, brata... Z czworga dzieci pozostała jej jedyna córka - Józefa, z którą zachowała się pokaźna korespondencja. 
Klementyna zmarła mając 82 lata, ja jednak mam ją przed oczami taką, jaką namalował - unieśmiertelniając jej piękno - Józef Grassi. 


Kto lubi historie sprzed lat, nie zmyślone, lecz prawdziwe, już niebawem zapraszam w kolejną czytelniczą podróż.  Tym bardziej, że książki nie kończę na historii Klementyny, a jeden z rozdziałów poświęcam jej potomkom, stąd będziecie mogli przeczytać też o rodzinach Zamoyskich, Tarnowskich, Lubomirskich czy Grocholskich oraz ich rezydencjach w Wysocku, Dzikowie czy Pietniczanach.

Całość ozdabiać będzie duża liczba zdjęć konkretnych miejsc (kościołów, pałaców, zamków), portretów, fotografii w sepii.




Nota wydawnicza o książce:

Bohaterką książki jest siostra słynnego szwoleżera Jana Kozietulskiego – Klementyna z Kozietulskich 1 v. Walicka 2 v. Wichlińska (1780–1862). Była damą słynącą z wielkiej urody potrafiącą wzbudzać gorące uczucia. Prowadziła salon intelektualny w Warszawie, zarządzała majątkiem ziemskim, dbała o ukochany pałac w Małej Wsi, niedaleko Grójca. Uczestniczka i obserwatorka wielu ważnych wydarzeń historycznych i towarzyskich, autorka i adresatka obszernej korespondencji, na podstawie której można odtworzyć szczegóły życia charakterystyczne dla jej epoki. Magdalena Jastrzębska pisząc swą książkę snuje opowieść o miłości, honorze, poczuciu obowiązku, tradycjach, przywiązaniu do ziemi i rodzinnego domu. Koleje życia Klementyny z Kozietulskich przypadające na barwną, niespokojną epokę, wypełnioną galerią malowniczych postaci – władców, książąt, generałów, heroin wielkich romansów – mogą zainteresować współczesnego czytelnika poszukującego autentycznych historii z minionych wieków.

piątek, 14 kwietnia 2017

Wielkanoc

Wszystkim czytającym ten blog, oglądającym, towarzyszącym mi od lat i od niedawna 
z okazji Świąt Wielkanocnych składam najlepsze życzenia.
Niech te Święta będą zdrowe, pogodne i spokojne, 
spędzone w miłej atmosferze, dające nam wytchnienie, chwilę
na to, by zwolnić, odpocząć, uśmiechnąć się bez powodu.

Wesołych Świąt!




sobota, 8 kwietnia 2017

Kustosz i samotnik. Tom poświęcony pamięci Romana Aftanazego.

W marcu 2017 roku pojawiła się nakładem Wydawnictwa Ossolineum niezwykła książka. W roku, w którym przypadł jubileusz dwustulecia tej zasłużonej dla polskiej kultury i nauki instytucji (Zakładu Narodowego im. Ossolińskich) wydano publikację poświęconą pamięci niezwykłego człowieka - Romana Aftanazego.
Dla wszystkich wielbicieli Kresów, rezydencji ziemiańskich, to nazwisko doskonale znane. Aftanazy był bowiem instytucją. Człowiekiem, który sam, bez asystentów, zespołu badawczego, za własne fundusze, po godzinach pracy, przez kilkadziesiąt lat zbierał materiały i pisał wielkie dzieło swego życia - jedenastotomową monografię Dzieje rezydencji na dawnych Kresach Rzeczypospolitej. Pisał w czasach, gdy o Kresach nie mówiono, a szansa na wydanie tych materiałów w PRL-u była w zasadzie żadna. Mimo to nie poddawał się, temat polskich dworów i pałaców na wschód od powojennej granicy był jego życiową pasją.




Książka Kustosz i samotnik nie jest typową biografią, to zbiór niezależnych od siebie rozdziałów, na który składa się m.in. szkic biograficzny o Aftanazym, jego lwowski pamiętnik, wybrane listy czy wspomnienia czynione przez jego nielicznych przyjaciół.
Z całości zgromadzonych wspomnień, listów, biogramu wyłania się ciekawy człowiek, wierny swym pasjom, niezwykle pracowity, życzliwy innym i całe życie tęskniący za swym ukochanym Lwowem.

Roman Aftanazy urodził się w 1914 roku Morszynie koło Stryja, studiował we Lwowie, w młodości dzięki szkolnym przyjaźniom często bywał w poleskich dworach, w 1944 roku zatrudnił się w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich. Szybko dał się poznać jako sumienny pracownik.  Po kartę ewakuacyjną zgłosił się dopiero w 1946 roku. W swym pamiętniku pisał, że gdy wreszcie otrzymał dokument, dzięki któremu mógł pojechać do Polski "uczułem się po prostu głupio. W pewnym momencie żal mi się zrobiło oddanych sowieckich papierów, bo wg nich byłem Polakiem, obywatelem Lwowa. Według nowego dokumentu natomiast stawałem się cudzoziemcem we ... Lwowie. Jak tragiczne bywają nieraz powikłania losu!" (s. 142-143)


Brał udział w przygotowaniach przewozu części zbiorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich do Polski. Wiele z nich uratował. W Przemyślu przejmował zbiory i transportował dalej, do Wrocławia. Tam zresztą zamieszkał. Zawodowo związany był do końca życia z Biblioteką Ossolineum, gdzie zwano go Kustoszem. W jego sercu na zawsze pozostał jednak obraz Lwowa - miasta młodości i utraconych Kresów, do których zawsze tęsknił.

Aftanazy zasłynął jednak z pracy, którą wykonywał poza etatem w Ossolineum. Po godzinach pisał swe wielkie dzieło chcąc uratować od zapomnienia świat kultury ziemiańskiej na Kresach. Jego materiał dokumentacyjny zgromadzony jeszcze przed wojną był imponujący. Gromadził stale nowy korespondując z tysiącami osób. W ciągu 50 lat pracy nad Dziejami rezydencji... wysłał kilkadziesiąt tysięcy listów. Średnio pisał 2-3 dziennie, prosił dawnych właścicieli dworów i pałaców (samo uzyskanie danych adresowych było pracochłonne) o informacje, wspomnienia, fotografie. 
Jego praca była czymś niespotykanym, absolutnie wyjątkowym, szczególnie w czasach, gdy ze względów politycznych wiadomo było, że nikt nie wyda opracowania o Kresach Wschodnich. O jego pracy nikt w Ossolineum nie wiedział, tym bardziej że Roman Aftanazy był człowiekiem skromnym, nie afiszował się ze swymi zainteresowaniami, a przyjaciół, którzy wiedzieli o jego pasji było niewielu. 


Zakład Narodowy im. Ossolińskich we Wrocławiu 

Przy prowadzonej tak rozległej korespondencji wieść o Aftanazym posiadającym tak niezwykłe materiały rozeszła się szybko w środowisku ziemian i historyków. W 1984 roku odwiedził go we Wrocławiu prof. Mossakowski z Instytutu Sztuki PAN wraz z kolegami. Profesor zapoznał się z imponującym materiałem i postanowił wydać go drukiem. Dwa lata później zaczęto drukować pierwsze tomy, w niewielkim nakładzie, tylko dla bibliotek naukowych. Tytuł, który wybrano miał nie sugerować zakresu terytorialnego, jakiego dotyczyły opisywane siedziby. Pierwsze wydanie dzieła Aftanazego nosiło tytuł Materiały do dziejów rezydencji.
Po 1989 roku dzieło wydało w dobrej szacie graficznej Wydawnictwo ZNiO pod tytułem Dzieje rezydencji na dawnych Kresach Rzeczypospolitej.


W swoich zbiorach mam tylko jeden tom...

W latach 1991-1997 wydano 11 tomów opisujących dzieje prawie 1500 zamków, dworów, pałaców - bezcenne źródło do zachowania pamięci o miejscach, których często już nie ma...
Wykorzystano ponad 6800 ilustracji!
Roman Aftanazy za swe nie mające precedensu w polskiej nauce dzieło został odznaczony i nagrodzony wielokrotnie. Zmarł w 2004 roku, w swym domu. Pochowany został zgodnie ze swym życzeniem na warszawskich Powązkach, pewnie dlatego, że "Powązki znajdują się o tyle bliżej Lwowa..." (s. 207)



            Ciekawostki z życia i pracy Romana Aftanazego:

*  Aftanazy mieszkał na 8 piętrze wrocławskiego wieżowca, na 30 metrach. Gdy przekraczało się próg jego mieszkania odwiedzający mieli wrażenie, że oto przenieśli się do staropolskiego dworu. Stylowe meble, sztychy, obrazy, wartościowy, piękny księgozbiór, miśnieńska porcelana wypełniały mieszkanie badacza.

* Część pieniędzy z licznych nagród, które otrzymał za Dzieje rezydencji... przeznaczył na cele społeczne.

* Po 1946 roku nigdy nie odwiedził rodzinnych ziem, ale przez wiele lat raz w roku wsiadał do pociągu w Przemyślu, który jadąc do Ustrzyk jechał przez skrawek dawnych polskich terenów, które oglądał z okien pociągu...

* Był samotnikiem. Sprawiał wrażenie niedostępnego, ale jednocześnie był człowiekiem bardzo życzliwym i o nieskazitelnych manierach.

* Postępująca choroba oczu spowodowała, że pracował z lupą.

* Lubił wyruszać na krótkie wycieczki w okolicach Wrocławia, m.in. na Ślężę, przypominała mu ona bowiem widok Wysokiego Zamku we Lwowie.

Wspomnienia o Romanie Aftanazym:

"Nie wstawał od biurka całymi dniami, tygodniami, miesiącami - właściwie całymi latami"
                                                                                                            /Jan Kolasa, s. 191/

"Wydaje się, że znał i rozumiał ziemiaństwo często lepiej od tych, którzy byli jego częścią.Czuł się z nim związany bardziej niż z jakąkolwiek grupą społeczną. I usiłował ocalić od zapomnienia to, co wytworzyło wartościowego. Spadkobierca nie  z urodzenia, ale z przekonania, któremu nie obcy był ból utraty skrywany głęboko pod maską sarkazmu."
                                                                                                           /Jan Dowgiałło, s. 206/


W 2014 roku, podczas wizyty w Ossolineum,
sfotografowałam tablicę poświęconą
Romanowi Aftanazemu



czwartek, 23 marca 2017

Wiosenne zmiany

Wiosna, zmiany, porządki...
Mój blog przeszedł pewne "przemalowanie". Do końca nie jestem jeszcze zadowolona z tych zmian, ale chodziło mi o spokojniejszą formę, mniej kolorów, zdjęć na pasku bocznym, które chyba przytłaczały treść.
Zainspirowała mnie do wiosennych blogowych porządków autorka bloga Szczur w antykwariacie
Jednym słowem wraz z wiosną nowa odsłona O biografiach i innych drobiazgach.
Dobrego czytania! 


czwartek, 16 marca 2017

Malarstwo polskie XIX wieku

Katalog, w zasadzie album, wydany przez Muzeum Romantyzmu w Opinogórze to bardzo ciekawa propozycja wydawnicza dla wszystkich, którym polska sztuka jest bliska, bo poszukują jej w muzeach czy "kolekcjonują" kupując odpowiednie albumy.
Wydany w 2016 roku katalog, którego pełny tytuł brzmi "Malarstwo polskie XIX wieku. Wystawa stała w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze" zabiera nas w podróż po pięknej galerii wypełnionej prawie 70 dziełami m.in. Blanka, Brodowskiego, Grottgera, Michałowskiego, Matejki, Malczewskiego, Suchodolskiego, Rodakowskiego i wielu innych.



Wystawa prezentowana jest we dworze w Opinogórze w sześciu salach i przybliża dzieła malarskie będące własnością Muzeum Romantyzmu, ale także depozyty z innych muzeów np. Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Narodowego w Krakowie czy Muzeum Sztuki w Łodzi. Katalog-przewodnik przybliża nam nie tylko obrazy, o różnorodnej tematyce, ale także artystów-malarzy, czasem także możemy przeczytać kilka słów dotyczących samego obrazu lub portretowanej osoby.     

IV strona okładki

Album można traktować jako ciekawą podróż po scenach polowań, krajobrazów, scen rodzajowych, martwych natur, bitew. Są też nimfy wodne, szwoleżerowie, autoportrety, Madonna z dzieciątkiem. 
Mnie ujęły najbardziej piękne portrety sióstr Branickich, Zofii i Katarzyny, Napoleon przed dworem w Smorgoniach Zygmunta Rozwadowskiego, znany portret żony poety Zofii Fredrowej otulonej perłami i czerwonym szalem, ale przede wszystkim portret przystojnego szwoleżera Jana Leona Kozietulskiego.

Strona 20-21 albumu i znany portret Antoniego Brodowskiego przedstawiający
Jana Kozietulskiego.
Z racji własnych prac badawczo-pisarskich mój sentyment do obrazu i szwoleżera
nie ustępuje od wielu, wielu miesięcy...

Redakcja katalogu: Roman Kochanowicz, Leszek Nowaliński, Magdalena Bral.
Współpraca: Beata Woźniak.
Książka zawiera 127 stron, słowo wstępne, spis treści; oprawa twarda.
Na okładce wykorzystano obraz Chrystiana Breslauera, pejzażysty z niemieckiej rodziny osiadłego na ziemiach polskich,  pt." Krajobraz z jeziorem i kościołem gotyckim" z 1863 roku.




wtorek, 7 marca 2017

Wspomnienia księcia Leona Sapiehy

W 2015 roku Wydawnictwo Libra PL wydało reprint Wspomnień księcia Leona Sapiehy z 1914 roku. Książkę sprzed ponad 100 lat znałam, korzystałam do tej pory w czytelniach naukowych. Ponieważ korzystałam często, ucieszyłam się z faktu, że wreszcie nadarza się okazja posiadania książki na własność.

                                                    

Leon Sapieha to postać ciekawa, zasłużona, szanowana. Uczestnik powstania listopadowego, marszałek Sejmu Krajowego Galicji, właściciel zamku w Krasiczynie. Doskonały gospodarz, człowiek, który nie bał się zmian, ciekawy nowinek technicznych. Ożenił się z Jadwigą z Zamoyskich, kobietą znaną z wielkiej urody (jej matką była piękna Zofia z Czartoryskich Zamoyska) i działalności charytatywnej na dużą skalę. 
Jako ojciec Sapieha przeżył wielkie tragedie. Z ośmiorga dzieci wieku dorosłego dożył jeden syn - Adam, ojciec późniejszego kardynała Adama Stefana Sapiehy.

Swe pamiętniki Sapieha zatytułował "Moje wspomnienia dla wnuków". Mylił się książę w pierwszych wersach swych wspomnień pisząc, że dla nikogo nie będą miały wartości, jedynie dla rodziny. Są one bowiem - jak większość tego rodzaju literatury - doskonałym materiałem dla badaczy i historyków. 
Sapieha był dzieckiem, gdy powstało Księstwo Warszawskie, pamiętał z Krakowa księcia Józefa Poniatowskiego, jako młody mężczyzna brał udział w powstaniu listopadowym. Po konfiskacie dóbr życie rodziny stało się trudne. Pamiętał jeszcze po latach książę jak zaproszony do Potockich do Łańcuta jechał do nich biedną bryczką, prawie chłopskim wozem. Dzięki zapobiegliwości matki mógł zakupić zamek w Krasiczynie, choć większość czasu spędzał w swym lwowskim pałacu. 

Sapieha porusza w swych wspomnieniach wiele spraw politycznych i gospodarczych. Jako źródło do poznania dawnych lat jest to na pewno bardzo istotna książka, choć książę nie dysponuje lekkim piórem, nie ma tu błyskotliwych stwierdzeń, rysu psychologicznego spotykanych postaci, anegdotek. To nie są pamiętniki, które czyta się jak uroczą gawędę z dawnych lat. To dostojne wspomnienia pisane u schyłku życia przez starego księcia po to, by wnuki nie zapomniały o przeszłości. 

Książka wydana została bardzo starannie, w twardej oprawie, a okładkę zdobi portret księcia Leona Sapiehy malowany przez Leopolda Horowitza w 1882 roku. Miałam przyjemność oglądać ten portret na wystawie "Biblioteka Sapiehów z Krasiczyna" w 2014 roku na Zamku Królewskim na Wawelu.


O Sapiehach, Krasiczynie, wystawie, a także o portrecie  z okładki polecam film:





wtorek, 21 lutego 2017

Pszczyńska galeria portretów

Publikacja wydana przez Muzeum Zamkowe w Pszczynie pt." Galeria portretów. W kręgu wolnych panów, hrabiów i książąt pszczyńskich. Przewodnik po wystawie stałej" autorstwa Sylwii Smolarek-Grzegorczyk i Marcina Nygi to bardzo pięknie wydana książka. Dla wszystkich interesujących się dziejami arystokracji, historią pałaców i zamków, wielbicieli sztuki portretowej na pewno jest to książka warta uwagi. 
Nie okładka stanowi o jej wartości, ale umieszczenie na niej znanego i chyba najpiękniejszego wizerunku słynnej księżnej Daisy jest zabiegiem zrozumiałym i moim zdaniem bardzo trafionym. Książka przyciąga bowiem uwagę.


W zasadzie jest to przewodnik po wystawie i album, gdyż warstwa ilustracyjna jest tu najważniejsza. Do spaceru po kolejnych komnatach zaprasza "Wprowadzenie",  w którym autorzy wyjaśniają znaczenie rodzinnych kolekcji portretów, owych starannie gromadzonych latami galerii przodków.
Na wystawę wybrano około 70 portretów, rzeźby, grafiki, rysunki kredką, pastele czy fotografie. Całość wydania podzielona jest na 3 części - Komnata I, Komnata II i Komnata III. Każdy rozdział poprzedzony jest  zdjęciem właściwej komnaty, drzewem genealogicznym prezentowanych rodzin i wreszcie prezentacją ikonograficzną samych obiektów i krótkim ich omówieniem, a w niektórych wypadkach niewielkimi informacjami biograficznymi.


Mamy tu dzieła różnych artystów, nieokreślonych malarzy, ale jest też znakomity szkic olejny Philipa de László przedstawiający Hansa Henricha XI Hochberga czy wreszcie portrety księżnej Daisy, a nawet pasek z turkusami widoczny na portrecie z okładki.
Z przyjemnością czytałam, oglądałam, tym bardziej, że w opisach znalazłam także kilka nieznanych mi do tej pory szczegółów. Zdecydowanie polecam!


sobota, 11 lutego 2017

"Jest w Sójkach (...) stary palisandrowy fortepian..."

Bohaterem dzisiejszego posta będzie... fortepian. Nie jakiś tam sobie zwykły instrument, ale fortepian zabytkowy, na którym 170 lat temu grywał sam Franciszek Liszt. Instrument przeszedł ciekawe koleje losu, zmieniał miejsca, właścicieli, by dziś - ponownie po wielu latach nieobecności - ozdabiać salon dworu w Sójkach.
O samym fortepianie i jego historii pewnie nic bym nie wiedziała gdyby nie fakt, że poświeciła mu sporo miejsca w swej wydanej w tamtym roku książce pt. "Dwór w Sójkach i jego mieszkańcy" Magdalena Łukomska. W rozdziale "Pamiątki ocalałe i odnalezione" autorka opisuje historię fortepianu i jego związki z dworem w Sójkach, niedaleko Kutna, gdzie dziś znajduje się hotel.




Wykonany przez warszawską firmę Krall & Seidler służył Franciszkowi Lisztowi podczas jego trasy koncertowej na Podolu i Ukrainie. W 1947 roku Liszt poznał w Kijowie - podczas trwania swego turnée - Karolinę Sayn-Wittgenstein. To właśnie księżna Karolina podarowała fortepian swej przyjaciółce Wandzie Cieleckiej z Sójek. 
Tak fortepian trafił do neorenesansowego dworu w okolicach Kutna, gdzie stał przez kilkadziesiąt lat, do 1929 roku.  Sprzedaż majątku w Sójkach spowodowała, że fortepian zaczął kolejną wędrówkę, zmieniał właścicieli i "miejsca pobytu", o czym dokładnie wspomina autorka w swej książce. 
W 2013 roku jego losy się odmieniły i po profesjonalnej renowacji powrócił do sójeckiego salonu.                                                                                                                                                       

Przyjęcie u Liszta, 1846 r, grafika
Zbiory Biblioteki Narodowej

Miałam ogromną przyjemność podczas pobytu w Sójkach usłyszeć dźwięki fortepianu Liszta. Zorganizowane przez właścicieli Hotelu Dwór Sójki spotkanie promujące książkę Magdaleny Łukomskiej uświetnione zostało między innymi koncertem, podczas którego wykonano utwory na fortepianie Liszta.




Gdy będziecie przejeżdżać w okolicach Kutna zajrzyjcie do położonego niedaleko dworu. "Jest w Sójkach - pisze Jan Moszyński wnuk Wandy - stary palisandrowy fortepian, pamiątka po niezwykłej kobiecie i po niezwykłym dramacie dwóch istot obdarzonych zadatkiem geniuszu. Fortepian ten, upominek księżnej Karoliny Sayn-Wittgenstein dla p. Cieleckiej z Sójek, której była przyjaciółką, służył ongi słynnemu mistrzowi Lisztowi do gry koncertowej w czasie jego występów na Podolu"*


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
* M. Łukomska: Dwór w Sójkach i jego mieszkańcy". Kraków 2016, s. 64.

O książce pisałam tutaj.



niedziela, 29 stycznia 2017

O pałacu Potockich w Krakowie, róg Rynku i Brackiej

Dla wszystkich miłośników Krakowa, a także zainteresowanych historią pałaców i rodzin je zamieszkujących książka Marii Hennel-Bernasikowej "Pałac Potockich w Krakowie (róg Rynku i Brackiej). Zarys dziejów" powinna być wydawniczą ciekawostką i przyjemną lekturą. Publikacja wydana została w serii "Biblioteki Krakowskiej".

Jest to historia jednego z ciekawszych pałaców krakowskich, który chyba każdy przyjeżdżający do tego miasta widział, znajduje się bowiem przy Rynku. Osobiście bardzo lubię ten róg Brackiej, bo roztacza się stamtąd jeden z piękniejszych widoków krakowskich. Pałac można fotografować z różnych stron, na przykład spod arkad Sukiennic.



























Historia kamienicy, później pałacu jest bardzo ciekawa. Poznajemy ludzi związanych z tym domem, historyczne rodziny, ale i przemiany stylowe zachodzące w tym miejscu. Bardzo ciekawe są wizualizacje - hipotetyczne rekonstrukcje cyfrowe pałacu zamieszczone  w części ilustracyjnej. Możemy się przekonać jak miejsce to wyglądało na przełomie XV i XVI wieku, a także później po przebudowie w XVII stuleciu. 

Mnie osobiście najbardziej zainteresował rozdział VIII "Pałac Potockich z linii tulczynieckiej" i IX "Od wybuchu II wojny światowej do naszych czasów". 
Fascynująco brzmi droga wielkiego transportu w 1918 roku, gdy Potoccy zdecydowali się ratować zbiory z kresowej Peczary i przywieźć je do Krakowa. Srebra, gobeliny, część biblioteki, obrazy, makaty przewieziono najpierw do Odessy. Potem koleją udało się przewieźć 120 skrzyń do pałacu Potockich w Krakowie. Peczara została rozgromiona...





Po II wojnie światowej wiele ze zbiorów sztuki przywiezionych z Peczary zakupił od rodziny Zamek Królewski na Wawelu. Autorka słusznie sugeruje w jednym z przypisów, że "sprawa owego transportu ratującego zbiory Potockich zasługuje na osobne opracowanie" (s. 181).
Ostatni rozdział prezentuje kilkadziesiąt lat w historii pałacu i rodziny Potockich na tle wojny, czasów komunistycznych i wreszcie czasów obecnych. 
Pierwsze piętro pałacu długie lata zajmowało w czasach komunistycznych Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. W tej niełatwej, powojennej rzeczywistości czuwała nad pałacem Pelagia Potocka, siostra właściciela Konstantego Potockiego, który pozostawał na emigracji. To Pelagia czuwała nad budynkiem, utrzymując prawo własności, zajmowała się administrowaniem domu. Ponoć pałacem bardzo zainteresowany był konsulat ZSRR w Krakowie... Pelagia Potocka robiła wszystko, by nie zadłużyć pałacu do poziomu, który dawał podstawy do wywłaszczenia. 
Dziś w pałacu mieszka czwarte pokolenie Potockich - właścicieli tego budynku.

Książkę wypełniają aneksy, bogata bibliografia, dokładny spis ilustracji, indeks osobowy, a specjalna wkładka prezentuje ciekawe fotografie pałacu z różnych lat, jego wnętrz oraz portrety i fotografie właścicieli.


                               *** 
O historii rodziny Potockich z linii tulczynieckiej pisałam omawiając wydane kilka lat temu 3 tomy pamiętników tej rodziny.
Polecam link do mojego wcześniejszego wpisu: Peczara nad Bohem we wspomnieniach pań Potockich





niedziela, 22 stycznia 2017

Zimową niedzielą na Podzamczu

Dzisiejsze przedpołudnie było tak piękne, że nie mogę się oprzeć, by nie podzielić się tymi zdjęciami. Spędziłam je w Podzamczu, gdzie na wapiennych skałach wznoszą się imponujące ruiny zamku Ogrodzieniec. To słynny Szlak Orlich Gniazd - malowniczy, czasem wprost bajkowo nierealny.
Po raz pierwszy przyjechałam tu zimą i odkryłam nowe oblicze zamku i jego okolic. Zima wymalowała niesamowite krajobrazy, ubrała zamek i jego otoczenie w białe, wspaniałe szaty.
Mnóstwo tu ostańców, malowniczych skalnych formacji, wąskich dróżek, teraz pokrytych wydeptanym śniegiem. 
W okresie zimowym zamek jest nieczynny, ale wokół niego warto wybrać się na spacer tzw. ścieżką przyrodniczo-dydaktyczną pod nazwą "Przez skalne miasto Podzamcza".
O tym jak było opowiedzą Wam zdjęcia. Zapraszam na spacer :)






























Zainteresowanym historią zamku i jego wizualizacją z czasów renesansu polecam stronę tutaj.