czwartek, 28 kwietnia 2016

Zofia Kossak "Ku swoim"

"Aleja wiodła pod górę do miejsca, gdzie niegdyś stał dwór. Białe jego ściany błyszczące wśród ciemnej zieleni drzew, odbijały się zapewne w wodzie pięknie jak w zwierciadle; dziś jednak na wzgórzu miast dworu sterczało tylko bezkształtne rumowisko gruzów, parę okopconych ścian, świecących dziurami okien, i dwa obdarte kominy..."

Zacytowany fragment rozdziału pierwszego wprowadza nas w świat, który niegdyś istniał na Kresach. Świat polskich dworów.
Akcja powieści rozgrywa się już po pogromie, zniszczeniu szlacheckiej siedziby, zamordowaniu właściciela i wygnaniu jego rodziny - żony wraz z trójką dzieci.  Po 10 latach od wydania pamiętnej "Pożogi" Zofia Kossak ponownie wróciła na Kresy. To był oczywiście literacki powrót.

Powieść dla młodzieży "Ku swoim" Zofia Kossak wydała w 1931 roku. W latach powojennych powieść - podobnie jak reszta książek pisarki - została przez cenzurę objęta całkowitym zakazem. O książce zapomniano...
Po ponad 70 latach  książka ma szanse zdobyć ponownie czytelników wydana nakładem Wydawnictwa LTW.




"Ku swoim" opisuje życie sowieckiej Rosji. Od rewolucji minęło 8 lat. Pani z białego szlacheckiego dworu - Maria Turska - żyje w biedzie w nędznej chacie we wsi Kosobówka. Niegdyś w chacie mieszkała rodzina Mykołów, ale wszyscy zmarli na tyfus, wygnanka z dworu tam znalazła wraz z dziećmi schronienie. Utrzymywała się z szycia, ale także mądrych porad pielęgniarskich. Zyskała szacunek, a rok po "przeprowadzce" z dworu do chaty gospodarze podarowali jej krowę. Była to krowa z jej własnej dawnej hodowli. W tych nowych, tragicznych czasach miała wyjątkowe znaczenie, gdyż stanowiła prawdziwe dobrodziejstwo.

Główna bohaterka wie, że jeśli dłużej zostanie w sowieckiej Rosji jej dzieci zostaną wynarodowione. System działa bezdusznie i sprawnie. 
Pisarka nie szczędzi scen ukazujących codzienne życie w sowieckiej wsi. Kolejki w kooperatywie (spółdzielni), gdzie można było kupić - jeśli starczyło - świece, cukier, pończochy. Pończochy stawały się towarem luksusowym, gdy przychodził transport, szybko się rozchodziły, bo żony komisarzy szybko rozdysponowały je miedzy sobą. W kolejce trzeba było stać karnie, najlepiej cicho, nie pytać, bo to mogło być uznane za burżuazyjne wybrzydzanie i kończyło się nieżyczliwością i drwinami. 
Uprzejmość, dobre wychowanie uznawane były za "burżuazyjne" przeżytki. Gdy starszy syn Marii Turskiej - Włodek, wrócił do domu z Komsomołu na wieczerzę usiadł ciężko za stołem. Rozwalony, mlaskał, jadł byle jak. Matka zganiła go. Zapytała dlaczego tak siedzi, dlaczego tak je, przecież to brzydkie nawyki, cywilizowani ludzie tak nie siedzą, w taki sposób nie jedzą. 
Syn, jeszcze kilka lat temu, panicz ze dworu, teraz członek Stowarzyszenia Komunistycznej Młodzieży stwierdził, że tak jedzą wszyscy, a uwagi matki go nie obchodzą.
Ta krótka wymiana zdań jest bardzo znamienna. Pokazuje rodzenie i utrwalanie bylejakości, wkradanie się jej do codziennego życia, zastępowanie kultury prostactwem i arogancją. 

Jak się wyrwać z beznadziei? Z szarego życia, bez nadziei na zmianę, z urągającej biedy. Starszy syn ulega już sowieckiej propagandzie, młodszy bawi się w ruinach swego dawnego domu, pływa po stawie, gdzie niegdyś utopiono stojący we dworze fortepian i stare zegary. Jaki los czeka córkę, która pójdzie do sowieckiej szkoły?
Z pomocą przychodzi stara służąca, która z pogromu uratowała brylanty pani i schowała w zakamarkach ruin dworu. 
Brylanty odmieniają los rodziny. Pani Turska podejmuje ryzykowną drogę "ku swoim", do Polski.
Droga pełna niebezpieczeństw zakończyła się  w strażnicy Korpusu Ochrony Pogranicza, gdzie na "ścianie bielał i stroszył się orzeł na czerwonej tarczy i uchodźcy przywarli oczami do tej świętości z niedowierzającym radosnym zdumieniem ". Wówczas to najmłodszy syn Janek zapytał matkę:


"- Ale wrócimy tam kiedyś, mamusiu? Obiecałem Sydorowi...
Matka uśmiechnęła się do niego przez łzy."

***

Tak kończy się książka Zofii Kossak. 
To jednak nie koniec tego wydania. Przed nami jeszcze posłowie (przyznam się, że przeczytałam jako pierwsze!) pióra Krystyny Heskiej-Kwaśniewicz.
Posłowie przybliża postać Zofii Kossak, ale przede wszystkim stanowi analizę utworu pisarki. 
Całość kończy nota edytorska zwracająca uwagę czytelnika na fakt, że w wydaniu niniejszym dokonano modernizacji pisowni według najnowszych zasad.

Dlaczego warto przeczytać powieść Zofii Kossak? Posłużę się słowami z posłowia Krystyny Heskiej-Kwaśniewicz, która pisze "Ku swoim - bardzo wartościowa poznawczo i artystycznie, z wartką, niemal sensacyjną fabułą i napisana z pasją, po prostu fascynująca..."




środa, 20 kwietnia 2016

Wkrótce "Panie kresowych siedzib"

Już niebawem ukaże się moja nowa książka. Będzie nieco inna niż dotychczasowe. Tym razem nie będzie to opowieść biograficzna o jednej bohaterce i jej rodzinie, ale o 21 kobietach, które urodziły się, wychowały bądź mieszkały na Kresach. Od końca XVIII stulecia do II wojny światowej.


Na tle zamku Radziwiłłów pięć z dwudziestu jeden bohaterek.
Poznajecie? Podpowiem...
Pani na Jużyntach, pani na Połoneczce, pani na Białej Cerkwi, pani na Beńkowej Wiszni
 i  pani na Stawiszczach.

"Panie kresowych siedzib" to  opowieści o ludziach i ich domach. Niektóre z kresowych rezydencji są bardzo znane, tak jak Nieśwież, Biała Cerkiew, Antoniny, Sławuta. Są jednak też miejsca, które i ja odkrywałam po raz pierwszy pisząc książkę.
Jużynty (a w zasadzie niedaleki folwark Tarnów) na Litwie, Ożomla niedaleko Jaworowa, Dydeliszki na Litwie czy podolskie Bochenniki, o których niewiele wiadomo, ale które związane były z niezwykle malowniczą postacią z rodu Korzeniowskich...

Opisuję  życie codzienne polskich siedzib ziemiańskich i arystokratycznych, ale przede wszystkim ich właścicielki. Są polowania i przyjęcia. Są dzieła sztuki i zasobne biblioteki. Są wielkie damy i zbłąkane dusze. Jest ludzkie szczęście i wielkie tragedie.
Jest także zagłada... 
Rewolucja i wojny położyły kres siedzibom będącym ostoją polskości, miejscami pracy, wielkimi przedsiębiorstwami, ale przede wszystkim domami, gniazdami polskich rodzin.

O kim przeczytacie w książce? 
O młodziutkiej, ślicznej księżniczce Dorocie Sanguszko, o znanej z twardego charakteru babce romantycznego poety Zygmunta Krasińskiego - Antoninie z Czackich, a także o Marii Branickiej, Ewelinie Hańskiej, Julii Branickiej.
Będzie mowa także o pięknej Zofii Fredrowej, matce pisarza Józefa Weyssenhoffa - Wandzie, o opiekunce syberyjskich zesłańców Ksawerze Grocholskiej i jeszcze wielu innych...

Książkę wzbogaca 145 ilustracji (m.in. z Archiwum Narodowego w Krakowie, Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, Muzeum Okręgowego w Tarnowie, Biblioteki Narodowej, Muzeum Narodowego w Warszawie), są przypisy i obszerna bibliografia.


Wydawnictwo LTW


niedziela, 17 kwietnia 2016

"Wspominki nikłe", czyli jak Maria z Grocholskich Sobańska zapamiętała Kresy?

Na książkę Marii Sobańskiej "Wspominki nikłe" już od dawna "polowałam". Książka wydana została w 2002 roku i jeśli pojawiała się w antykwariatach lub na aukcjach szybko znikała. Wreszcie udało się. Mam. 
Wcześniejsze podczytywanie w czytelniach to jednak nie to samo. Książka na własność, moja, choć już czytana, stwarza pewną więź. Miłośnicy książek na pewno wiedzą o czym piszę...


Kim była Maria z Grocholskich Sobańska? Arystokratką, Kresowianką, autorką wspomnień, dzielną kobietą. Jej życie targane rewolucjami i wojnami to przykład radzenia sobie w skrajnych warunkach, kiedy niejeden raz trzeba było zacząć wszystko od początku. 
Jednak zanim została wygnanką z Kresów żyła na Podolu. Najpierw w domu rodzinnym, w zasobnym pałacu Grocholskich w Pietniczanach, później po ślubie z Hieronimem Sobańskim w Sumówce.  Maluje podolskie życie z miłością, szczegółami, które po latach wspomina na kartach swego pamiętnika. Jej ojcem był Stanisław Grocholski, matką Wanda z Zamoyskich. W pierwszych rozdziałach wędruje po domu, przypomina sobie pokoje, malowidła, domowników, nauczycielki, swoje ukochane lalki.  Jak na stare domostwo przystało była też fosa, a w niej dwie niedźwiedzice. 

Maria urodzona w 1880 dożyła sędziwego wieku, zmarła bowiem w 1973 roku. Wspomnienia swe pisała już w innej rzeczywistości społecznej i obyczajowej. Dlatego jakże ciekawie brzmią dziś na kartach starego pamiętnika słowa dziewiętnastowiecznej damy:

"Dla zaznaczenia starych zwyczajów, dawno niestety zaginionych, wspomnieć należy, że nikomu z panów do głowy nie przychodziło palić w obecności dam w salonie (...) Jakże to dalekie i inne, odrębne od dzisiejszych zachowań nacechowanych brakiem opanowania..." (s. 43).

Rodzina Grocholskich stała na straży obyczaju, dobrych manier i prawości. Uczciwość, brak egoizmu były wpajane dzieciom od początku. Wychowanie nie było "miękkie", nie przymykano oczu na psoty, nie rozpieszczano, wręcz przeciwnie. Nie było mowy o jedzeniu cukierków przed obiadem, skażeniu się na upał, wszelkim wygodnictwie. 
Gdy podrosła w czasie konnych przejażdżek z ojcem rozmawiali o sprawie jej przyszłego zamążpójścia. Postanowiła, że zostaje na Podolu, kandydat na męża musi być więc z tych stron. 
"Wszelkie rozważania zawsze kończyły się na Hieronimie Sobańskim z Sumówki" pisała po latach. Decyzja zapadła. Wyprawę ślubną rodzice obstalowali (dziś powiedzielibyśmy - zamówili) w Paryżu. Maria wspomina najpiękniejszą część swej ślubnej wyprawy -  pelerynę wykonaną przez firmę Mme Frederique, z wyprawionych główek dzikich kaczorów! 
Jej ojciec polował na nie od dwóch lat z myślą o przeznaczeniu ich na wyprawę córki. Ponoć peleryna była zjawiskowa, świeciła się zielononiebieskimi metalicznymi kolorami. Przez pewien czas była wystawiona na wystawie paryskiej firmy i przyciągała oczy licznych klientek, które chciały zamówić podobną. Gdy pewnego dnia Maria założyła ją na spacer wzbudziła wielkie zainteresowanie, do tego stopnia, że przechodnie stawali,  a nawet dotykali unikalną pelerynę z podolskich główek dzikich kaczorów. 


Maria osiadła wraz z mężem w Sumówce, był to piękny majątek, położony 18 wiorst od Berszady.  Po lewej stronie pałacu były obory, chlewy, mleczarnia, piekarnia (chleb pieczono dwa razy na tydzień), pokoje służby, w tym klucznicy i stróżów. W Sumówce pracował też mechanik i kowal, był furman, kucharz, kozacy domowi, zastęp bon, nauczycielek...

Maria Sobańska opisuje sąsiedztwa Sumówki, uroczystości rodzinne, mniej ważne i istotne wydarzenia z życia rodziny i pałacu. Wszystko to składa się na ciekawą opowieść o życiu codziennym w podolskim majątku arystokratycznym tuż przed rewolucją.

Jeszcze w 1917 roku nie przypuszczali, że kończy się pewna epoka, pewien model życia... Sumówkę "odwiedzały" mniejsze lub większe bandy, nie jeden raz dochodziło do strzelaniny, mąż i syn "na posterunkach" na piętrze pałacu strzelali do napastników broniąc swego domu. W gazetach coraz więcej było doniesień o rabunkach dworów na Podolu i Wołyniu. Potem nastąpiła tragedia sławucka, która wstrząsnęła wszystkimi. Zamordowano starego księcia, spalono jeden z najsłynniejszych kresowych pałaców. 
Tymczasem Sobańscy wciąż trwali w Sumówce. Maria wspomina, że wieczorem kładła się spać w ubraniu, gotowa na wszystko, co mogła przynieść kolejna noc. Rankiem budziła się pierwsza, a ponieważ większość służby wyjechała, sama szła  doić krowy w jednej kieszeni mając różaniec, w drugiej  rewolwer, który otrzymała od brata. Pod koniec 1918 roku wiedziała, że pomoc dla polskich dworów nie nadejdzie.
Przeżyła pogrom własnego domu. Słyszała jak banda rozbija meble, jak bębnią po fortepianie, jak wyciągają wszystko z szaf i szuflad, jak zabierają jej rzeczy, bezczelnie, w poczuciu, że to im się należy...

Przeżyła utratę domu, zamordowanie męża i syna. Zmieniła nazwisko, występowała jako Teresa Kwiatkowska, zamieszkała w folwarku Kitajgrodzie. Chciała ratować siebie i trójkę ocalonych dzieci. Wreszcie połączyła się z resztą rodziny, któregoś dnia jej brat zjawił się samochodem i krótko oznajmił "Zbierajcie się prędko, zabieram was do Winnicy i jedziemy do Polski".
Była już wiosna 1919 roku... Jechali pociągiem. Wreszcie granica Galicji, polscy żołnierze. 
Ocalona kończy swe wspomnienia "I tak rozpoczęło się nasze wygnanie..."

***

Maria Sobańska dojechała do Warszawy, tu zamieszkała wraz z trójką dzieci. Zaangażowała się w działalność społeczną i charytatywną na rzecz uchodźców z Podola, Wołynia i Kijowszczyzny.  W powstaniu warszawskim znów straciła wszystko...
Ostatnie lata spędziła w Milanówku, zmarła w 1973 roku.


"Wspominki nikłe" wydane zostały w miękkiej oprawie, opatrzone czarno-białymi fotografiami z kolekcji Janusza Przewłockiego, Barbary z Sobańskich Moes, córki autorki oraz zbiorów Muzeum Literatury.

sobota, 12 marca 2016

Listy z Podola


Autorem tytułowych listów jest Stanisław Zamoyski (1820-1889) z Podzamcza, syn słynącej z nadzwyczajnej piękności Zofii z Czartoryskich Zamoyskiej. 
Stanisław wraz z żoną Różą z Potockich  doczekał się aż  dwanaściorga dzieci! Pięciu synów i siedmiu córek.
Gdy jedna z córek - Zofia - wyszła 30 sierpnia 1886 roku za 26 lata starszego  Tadeusza Grocholskiego, przeniosła się z Podzamcza na Podole, do Strzyżawki położonej malowniczo nad Bohem. Stamtąd było zaledwie 10 kilometrów do Winnicy.
Kochający ojciec w kilka tygodni po ślubie córki odwiedził ją w jej nowej kresowej siedzibie, a swoje wrażenia opisał w listach do żony Róży.

Słynąca ze zjawiskowej urody Zofia Zamoyska,
matka autora listów.
/grafika, zbiory BN/
Tak pokrótce można nakreślić historię  tytułowych listów. Ich nadawca znalazł się na Podolu w październiku 1886 roku i każdy dzień opisywał w krótszych, bądź dłuższych listach. Korespondencja jawi się tu niczym dziennik, bo rzeczywiście zawiera opis codziennych wrażeń, wizyt, spotkań, spostrzeżeń. 
Są polowania, przejażdżki, wizyty sąsiedzkie, celebrowanie wspólnie spędzanego z rodziną czasu, muzykowanie, czas na lekturę.
Poznajemy dzięki temu dawne obyczaje, sposoby spędzania wolnego czasu, rytm życia w pałacach należących do historycznych rodzin polskich. Gdy Stanisław Zamoyski 13 listopada obchodził imieniny wybrał się rankiem do kościoła, po powrocie do domu córki czekał na niego stolik- niespodzianka. Tak zwany "stoliczek" był to dawny zwyczaj ustawiania w pokoju solenizanta w sekrecie stoliczka, na którym układano prezenty.
Zamoyski był świadkiem miejscowych zwyczajów, gdy chłop Maksym wraz z narzeczoną przybyli do pałacu wraz z drużbami prosić Grocholskich o błogosławieństwo. Zadziwiony stosowanym wciąż obyczajem pisał do żony "Podług zwyczaju tutejszego i mnie narzeczeni po 3 razy całowali w rękę i w nogi." (s. 66)
To tam, w Strzyżawce, Zamoyski przyglądał się jak jego zięć powozi słynną trójką. Trójkonny zaprzęg popularny szczególnie w Rosji, malował między innymi Józef Chełmoński. Zachwyt Zamoyskiego wzbudziła także wspaniała kareta mieszkającej w Pietniczanach Wandy Grocholskiej. Do żony pisał "aż mi wstyd, że Ty takiej nie masz - ale prawdę mówiąc, to zbytek." (s.44)

Ostatni list pisany jest 16 grudnia 1886 roku. Trzy lata później Stanisław Zamoyski zmarł, nie mógł przewidzieć, że za 30 lat nastąpi zagłada tamtego życia, a łuna pożaru, który szalał w Strzyżawce w styczniu 1918 roku będzie widoczna z pobliskiej drogi...

Kopie listów Stanisława Zamoyskiego do żony Róży stały się podstawą niniejszego wydania, a większość fotografii pochodzi ze zbiorów rodzinnych Grocholskich. Czyni to książkę tym bardziej wartościową, bo pokazuje materiał ilustracyjny do tej pory w wielu przypadkach zupełnie nieznany. 
Wstęp i przypisy opracował Marcin Brzeziński, a wydania podjęła się kancelaria adwokacka Nobilis Partners.
Na uwagę zasługuje na pewno bardzo staranne wydanie. Twarda okładka, dobrej jakości papier, fotografie w odcieniach sepii. Książka opatrzona jest przypisami, posiada indeks osobowy. Są także lubiane przeze mnie szczególnie wyklejki.  Na jednej z nich mamy fragment opisu albumu Anny Grocholskiej, córki Zofii i Tadeusza Grocholskich, gdzie uwagę zwraca zdanie kierowane do potencjalnych oglądających "Uprasza się oglądających palców nie lizać!"
Druga wyklejka prezentuje fragment współczesnej mapy Europy, z zaznaczeniem miejscowości, o których mowa w książce - Podzamcza, Sławuty, Pietniczan, Strzyżawki, Winnicy, Sokołówki, Odessy...

Do kogo kierowana jest ta książka? Na pewno do miłośników dawnego życia i obyczaju, do zainteresowanych życiem polskiej arystokracji, do wszystkich tropiących historię Kresów, wreszcie do tych, którzy lubią obcować z pięknie wydanymi książkami, w których dawny świat zamknięty został nie tylko między linijkami tekstu, ale także w pełnych uroku fotografiach.


poniedziałek, 7 marca 2016

Konkurs na Facebooku, czyli kto otrzyma listy z Kresów?

                                Konkurs na Facebooku, czyli kto otrzyma Listy z Kresów?




Do wygrania książka mojego autorstwa „Listy z Kresów. Opowieść o Józefie z Moszyńskich Szembekowej”.
Lektura w sam raz dla wielbicieli biografii, Kresów, życia polskiej arystokracji i opowieści utkanych nie z domysłów lecz z wertowania autentycznych dokumentów.
Choć książka oparta jest na podstawie setek listów przechowywanych w bibliotekach i archiwach nie jest to pozycja naukowa. Raczej opowieść … o życiu, miłości, marzeniach, wielkich fortunach i wielkich upadkach. Historia o poczuciu obowiązku, patriotyzmie, a przede wszystkim o tym, że ludzie żyjący w XIX stuleciu byli bardzo podobni do nas.

Co należy zrobić, by móc wygrać książkę?
Polubić mój profil FB (jeśli jeszcze tego nie zrobiliście) i udostępnić na swoim profilu FB informację o konkursie. Możecie pozostawić także ślad po swojej wizycie i chęci uczestniczenia w konkursie w komentarzu…

Ogłoszenie wyników – 8 marca /po godzinie 20.00/

/Zwycięzcę wytypuje jednoosobowa komisja, czyli autorka. Nagroda wysłana może być jedynie na wskazany adres w Polsce/.

Serdecznie zapraszam
Zainteresowanych odsyłam do: 

Facebook



niedziela, 21 lutego 2016

Dwory, kościoły, zamki, panoramy, czyli moje lutowe peregrynacje

Miła być zima, wszak trwają jeszcze ferie zimowe, a tu początkowo ni to zima, ni to wiosna, jakieś przedwiośnie podmalowane szarością i smętkiem niczym w listopadzie. Trochę śniegodeszczu, deszczu, mgły towarzyszyło mi przez pierwsze trzy dni urlopu. Żadnych zdjęć, choć byłam w tężniach solankowych w Rabce, w klimatycznym owianym mgłą Folwarku Stara Winiarnia w Mszanie Dolnej... Śnieg i zimę, a nawet narciarzy zobaczyłam w drodze do Bukowiny Tarzańskiej.
Nieoczekiwanie pojawił się wreszcie słoneczny dzień, rozświetlił wszystko.   Pojaśniało, wypiękniało... To był dzień zdjęć.

U stóp Gorców, przy drodze prowadzącej z Nowego Targu do Czorsztyna warto zatrzymać się w Łopusznej. Znajduje się tam urokliwy dwór, który należał do Lisickich, Tetmajerów i Lgockich. Dawna szlachecka siedziba jest dziś odziałem Muzeum Tarzańskiego. Dlaczego warto się tu zatrzymać niech opowiedzą wam zdjęcia...












































































Obiekt można zwiedzać, choć ekspozycja w dworze jest niewielka, bo też niewiele z dawnych czasów ocalało. Po wojnie był tu - jak w przypadku wielu dworów - PGR, zabytek niszczał... W 1978 roku zaczęły się prace renowacyjne, gdy dawny majątek objęło pod swe skrzydła Muzeum Tatrzańskie.

Jedziemy dalej... Oby pogoda się utrzymała, widoczność prawie znakomita, błękit nieba poprawia humory. 


W Dębnie Podhalańskim stoi piękny, drewniany  XV-wieczny kościół gotycki  wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO.  Stoi w ciszy, piękny, dostojny. Drewno niczym złoto połyskuje w słońcu. Zbudowano go bez użycia gwoździ, z drzewa modrzewiowego i jodłowego.  





























Wreszcie Czorsztyn i malowniczy zamek Dunajec. Turystów sporo, pełen parking, wycieczki szkolne, nawoływania, pozowania do zdjęć, każdy chce uszczknąć kawałek dobrego kadru, pogoda sprzyja, a widoki piękne...






























Kolejne dni zaprowadziły mnie do Limanowej, gdzie zachwyciłam się tamtejszą imponującą bazyliką. 



Niedaleko od rynku stoi w dawnym parku dworskim, a dziś miejskim, staropolski dwór Marsów, gdzie siedzibę znalazło Muzeum Regionalne. 

W Limanowej znajduje się na środku rynku doskonale zaopatrzona Informacja Turystyczna i bardzo pomocna oraz rozmowna (co wcale nie jest takie częste) pani. Polecam wszystkim dociekliwym, bo ilość i jakość materiałów mówi o tym, że miasto i region potrafi się promować i dbać o rozwój turystyki.  Zaopatrzona w mapki, foldery, książeczki ruszam do Opactwa Cystersów w Szczyrzycu. Ponad 750 lat nieprzerwanej historii...


Ponownie znalazłam się na Szlaku Cysterskim...

Południowo-zachodni Szlak Cysterski
Opisując moje poznawanie okolic nie mogę pominąć bardzo klimatycznego i bardzo smacznego miejsca w Mszanie Dolnej - to Folwark Stara Winiarnia. Przed wojną należał do Krasińskich, dziś stary XVI- wieczny kasztel zaprasza do hotelu i restauracji, którą mogę polecić najbardziej wybrednym. Warto. 
Zdjęć nie mam wiele, bo pogoda - mimo dwukrotnych tam wizyt - nie dopisała, ale wrażenia kulinarne pokryły dobrym wspomnieniem szarość dnia.


Nocą przyszła zima... Wyjeżdżaliśmy już następnego dnia, ale szkoda było nie zobaczyć miejsca mojego pobytu - Rabki Zdrój - w zimowej szacie. Oto ona w parku zdrojowym.


Drewniane obiekty w kształcie rotund to rabczańskie tężnie solankowe. Kolumna obudowana rusztem i gałęziami tarniny kryje w sobie leczniczą solankę, która spływa po gałązkach. Wokół tworzy się leczniczy areozol.  W drugiej rotundzie znajduje się kawiarnia.

W drodze do domu jeszcze krótka wizyta na zamku w Suchej Beskidzkiej. Trochę z ciekawości, trochę z sentymentu...



niedziela, 31 stycznia 2016

Przed zakończeniem książki

Mało mnie na blogu. Ale dziś nieco nadrobię zaległości. Bloga mniej, ale książki więcej. Zmierzam - mam nadzieję - do szczęśliwego finału. Jeszcze zostało mi kilka pozycji książkowych, do których muszę zajrzeć, by sprawdzić i doczytać... Jeszcze wizyta w jednym archiwum, by zebrać fotograficzny materiał do jednego z rozdziałów - na razie - bardzo ubogo wzbogaconego ilustracjami. 
Jeszcze czekam na zamówione 6 fotografii. 
Podczytuję, dopisuję, skreślam. To jednak już ostatnie, końcowe prace. Jednym słowem pomału żegnam się z tekstem.

Książka ta, a raczej pomysł na nią przyszedł sam, nieoczekiwanie, zbierałam już materiały do zupełnie innej pracy, ale różne okoliczności ode mnie niezależne odsunęły tamten projekt na boczny tor. Pojawił się nowy pomysł, nowa praca i oto... prawie jest.
O czym? O kim? Kręgu moich literackich zainteresowań nie zmieniam. Inna będzie  nieco od dotychczasowych forma nowej opowieści. Każdy rozdział ( a będzie ich 21) opowiadać będzie inną historię...
Więcej lub mniej zdradzi ten oto kolaż, który przygotowałam. To "wycinek" ze 130 ilustracji, które wzbogacą treść. To niektóre miejsca i niektóre bohaterki... 
Może ktoś poznaje?



/W kolażu wykorzystałam fotografie ze zbiorów Biblioteki 
Narodowej i przedwojennych czasopism/